„Nie mogę ci już ufać, siostro…” – historia zdrady, która rozbiła rodzinę na zawsze
– Mamo, czy mogę zostać dziś w domu? Źle się czuję… – głos Zosi był cichy, a jej policzki rozpalone gorączką. Przysunęłam dłoń do jej czoła. Było gorące jak piec. Westchnęłam, bo w pracy czekał mnie ważny dzień, ale nie mogłam zostawić jej samej z takim stanem.
– Dobrze, kochanie. Zostań w łóżku, odpocznij. Wrócę jak najszybciej – powiedziałam, całując ją w czoło. Wybiegłam z mieszkania na warszawskim Ursynowie, nie zauważając nawet niepokoju w jej oczach.
Zosia rzadko prosiła o wolne od szkoły. Była dzielna, samodzielna – po śmierci jej ojca musiała szybko dorosnąć. Ale tego dnia coś było inaczej. O tym miałam się przekonać dopiero później.
W pracy nie mogłam się skupić. Myśli uciekały do domu, do Zosi. Czy ma wszystko? Czy nie potrzebuje lekarza? Gdy wróciłam po południu, zobaczyłam ją siedzącą na kanapie, bladszą niż zwykle.
– Mamo… muszę ci coś powiedzieć – wyszeptała, ściskając moją dłoń tak mocno, że aż zabolało.
– Co się stało? Nadal źle się czujesz?
Zosia pokręciła głową i spojrzała na mój płaszcz wiszący w przedpokoju.
– Ciocia Weronika tu była. Miała klucz. I… i wsunęła coś do twojej kieszeni.
Zamarłam. Weronika? Moja starsza siostra? Od lat nie miała klucza do mojego mieszkania – przynajmniej tak myślałam. Zawsze była inna: dystyngowana, chłodna, z wiecznie perfekcyjnym makijażem i markowymi ubraniami. Nasze drogi rozeszły się po śmierci mamy, gdy podzieliłyśmy spadek. Od tamtej pory kontakt był sporadyczny i raczej chłodny.
– Jesteś pewna? – zapytałam, czując jak serce zaczyna mi walić.
– Widziałam ją. I słyszałam… rozmawiała przez telefon. Powiedziała: „W nocy możesz zadzwonić na policję. Ten idiota niczego się nie domyśli.”
Poczułam zimny pot na plecach. Podeszłam do płaszcza i wsunęłam rękę do wewnętrznej kieszeni. Palce natrafiły na gruby kopertowy kształt. Wyjęłam go powoli – był ciężki od dokumentów.
Otworzyłam kopertę i zamarłam. W środku były wydruki wyciągów bankowych na moje nazwisko, przelewy na ogromne sumy pieniędzy, wypłaty gotówki… Wszystko wyglądało jak dowody na poważne oszustwo finansowe. Na końcu leżał formularz zgłoszenia przestępstwa – z moim imieniem jako główną podejrzaną.
– To niemożliwe… – szepnęłam. – Nigdy nie robiłam takich rzeczy!
Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Mamo… myślę, że ciocia chce cię wrobić. To pułapka.
Usiadłam ciężko na krześle. W głowie miałam mętlik: dlaczego Weronika miałaby to zrobić? Przecież jesteśmy rodziną! Ale im dłużej patrzyłam na te papiery, tym bardziej widziałam: ktoś bardzo się postarał, żeby mnie pogrążyć.
Przypomniałam sobie nasze ostatnie spotkanie – kłótnia o mieszkanie po mamie. Weronika uważała, że niesprawiedliwie dostałam większą część spadku. Wtedy padły słowa, których żałowałyśmy obie: „Jeszcze pożałujesz!”
– Nie możemy pozwolić jej zadzwonić na policję – powiedziała Zosia drżącym głosem.
– Masz rację – odpowiedziałam, próbując opanować panikę. – Najpierw musimy dowiedzieć się, co planuje.
Pobiegłam do komputera i zalogowałam się do bankowości internetowej. Tam były te same podejrzane transakcje co na wydrukach z koperty. Ktoś musiał włamać się na moje konto albo podrobić dokumenty…
– Kiedy była tu ciocia? Była sama?
Zosia skinęła głową.
– Ale przez telefon powiedziała, że „nie jest sama w tym”.
Poczułam lodowaty strach. Jeśli Weronika miała wspólnika… mogło być naprawdę źle.
Zadzwoniłam do banku i zgłosiłam podejrzenie oszustwa oraz prośbę o natychmiastowe zablokowanie konta. Potem wyciągnęłam telefon i wybrałam numer do starego przyjaciela mojego zmarłego męża – Andrzeja Nowaka, detektywa policyjnego na emeryturze.
– Mariana? Co się dzieje?
Opowiedziałam mu wszystko, nie pomijając żadnego szczegółu.
– Nie dotykaj niczego więcej – polecił stanowczo. – Zaraz będę u was.
Kwadrans później Andrzej wszedł tylnymi drzwiami do mieszkania. Obejrzał kopertę w rękawiczkach, zrobił zdjęcia dokumentów i zapisał wszystko w swoim notesie.
– To wygląda bardzo poważnie – powiedział cicho. – Jeśli twoja siostra naprawdę chce cię wrobić, musimy działać szybko. Ktoś może zadzwonić na policję lada moment.
Zosia siedziała skulona przy mnie na kanapie.
– Boję się…
Objęłam ją ramieniem.
– Nic ci się nie stanie, obiecuję.
Andrzej spojrzał na mnie poważnie:
– Musimy mieć dowód, że to Weronika podrzuciła kopertę. Masz monitoring?
Pokręciłam głową ze łzami w oczach.
– Ale sąsiedzi mają kamerę nad drzwiami! – przypomniała sobie Zosia nagle.
Pobiegliśmy do sąsiadki z naprzeciwka, pani Haliny. Na nagraniu z kamery było wyraźnie widać Weronikę wchodzącą do mojego mieszkania około południa i wychodzącą kilka minut później.
Andrzej odetchnął z ulgą:
– To może nas uratować.
Wróciliśmy do domu i czekaliśmy w napięciu. O 19:00 rozległy się syreny policyjne pod blokiem. Ktoś rzeczywiście zadzwonił na policję – pewnie Weronika lub jej wspólnik.
Andrzej wyszedł im naprzeciw i wyjaśnił sytuację funkcjonariuszom, pokazując nagranie oraz dokumenty z koperty. Policjanci byli sceptyczni, ale widząc dowody i obecność detektywa, postanowili nie zatrzymywać mnie od razu.
Następne dni były koszmarem: przesłuchania, wizyty w banku, rozmowy z prawnikami… Weronika zapadła się pod ziemię. Dopiero po tygodniu przyszło wezwanie na przesłuchanie dla niej – dzięki nagraniu z kamery i zeznaniom Zosi oraz sąsiadki.
Wyszło na jaw, że Weronika miała długi hazardowe i próbowała zdobyć pieniądze kosztem mojej reputacji i wolności. Chciała przejąć mieszkanie po mamie oraz moje oszczędności – była gotowa poświęcić własną siostrę dla pieniędzy.
Kiedy spotkałyśmy się twarzą w twarz podczas przesłuchania, spojrzała mi prosto w oczy:
– Ty zawsze miałaś wszystko lepsze ode mnie…
Nie odpowiedziałam jej nic. Wtedy zrozumiałam: czasem największy wróg kryje się najbliżej nas.
Po wszystkim zostały blizny: straciłam resztki zaufania do ludzi i długo nie mogłam spać spokojnie. Zosia przez wiele miesięcy budziła się z krzykiem po nocach.
Ale przetrwałyśmy to razem.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy można jeszcze komuś zaufać? Czy rodzina to naprawdę najważniejsze… nawet jeśli potrafi tak bardzo zranić?