„Nie jestem już nikim: Historia Sary, która z ulicy trafiła do serca rodziny”
– Nie dotykaj go! – krzyknęła kobieta w czerwonym płaszczu, kiedy podeszłam do chłopca leżącego na chodniku. Zignorowałam ją. Widziałam tylko dziecko, które płakało z bólu i strachu. Kucnęłam obok niego, starając się nie przestraszyć jeszcze bardziej. – Spokojnie, już dobrze. Nic ci nie jest? – zapytałam cicho.
Chłopiec miał może sześć lat, brudną buzię i rozsznurowane buty. Zamiast odpowiedzieć, tylko kiwnął głową i pociągnął nosem. Wokół nas ludzie gapili się z niechęcią. Wiedziałam, co myślą: bezdomna, brudna, pewnie zaraz coś ukradnie. Ale ja nie przyszłam po nic dla siebie. Zawiązałam mu buty najdelikatniej jak umiałam. – Gotowe, już się nie przewrócisz – uśmiechnęłam się do niego.
Nie wiedziałam wtedy, że ktoś nas obserwuje. Mężczyzna w garniturze stał po drugiej stronie ulicy i patrzył na mnie z czymś dziwnym w oczach – nie pogardą, nie litością, raczej… ciekawością? Gdy chłopiec wskazał go palcem i powiedział: „To mój tata”, poczułam, jak serce mi zamiera. Zaraz podejdzie i wygoni mnie stąd, pomyślałam. Ale on tylko przykucnął przy synu i zapytał: – Wszystko w porządku?
– Już tak – odpowiedział chłopiec i wskazał na mnie. – Pani mi pomogła.
Chciałam odejść, ale zanim zdążyłam się podnieść, mężczyzna odezwał się: – Dziękuję pani. Naprawdę.
– Nie ma za co – mruknęłam, unikając jego wzroku.
– Jest za co – odparł stanowczo. – Może… zje pani z nami coś ciepłego?
Zawahałam się. Byłam głodna jak wilk, ale jeszcze bardziej głodna byłam zwykłej ludzkiej życzliwości. Zgodziłam się. Chłopiec chwycił mnie za rękę tak naturalnie, jakbyśmy znali się od zawsze.
Tak poznałam Mateusza i jego ojca, Aleksandra. Nie wiedziałam wtedy, że ten dzień zmieni wszystko.
***
Po tamtej kolacji długo nie mogłam dojść do siebie. Nie chodziło tylko o pełny żołądek – choć to też było nowe uczucie. Chodziło o to, jak patrzyli na mnie przy stole: bez lęku, bez wyższości. Mateusz śmiał się z moich żartów, Aleksander słuchał uważnie każdego słowa. Czułam się… widziana.
Myślałam, że to jednorazowe spotkanie. Ale trzy dni później znów ich zobaczyłam w parku. Mateusz podbiegł do mnie z okrzykiem radości, jakby czekał na mnie całe życie. Aleksander zaproponował spacer i rozmowę. Zgodziłam się – choć w środku wszystko we mnie krzyczało: „Uciekaj! To nie twoje miejsce!”
Z czasem zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Pomagałam Mateuszowi w lekcjach, zabierałam go na plac zabaw. Aleksander coraz częściej pytał o moje życie – nie nachalnie, raczej z troską.
– Masz rodzinę? – zapytał kiedyś.
– Nie mam nikogo – odpowiedziałam szczerze.
Nie pytał więcej.
***
Wkrótce Aleksander zaproponował mi pracę: opiekę nad Mateuszem po szkole. Miałam dostać własny pokój w jego domu na Lasku Bielańskim. Bałam się jak nigdy wcześniej. Co powiedzą sąsiedzi? Co powie jego rodzina? Ale zgodziłam się – dla Mateusza i dla siebie.
Pierwsze dni były trudne. Służąca Anna patrzyła na mnie spode łba, a siostra Aleksandra – Lucyna – od razu dała mi do zrozumienia, że nie jestem tu mile widziana.
– Skąd on cię wytrzasnął? – zapytała któregoś wieczoru przy kolacji.
– Z parku – odpowiedziałam bez ogródek.
Lucyna prychnęła pogardliwie:
– Wiesz chociaż jak trzymać widelec?
Aleksander uciszył ją wzrokiem. Mateusz śmiał się tylko i opowiadał mi o szkole.
Z czasem zaczęłam czuć się pewniej. Mateusz coraz bardziej otwierał się przede mną – opowiadał o mamie, która zmarła dwa lata wcześniej, o swoich lękach i marzeniach. Aleksander coraz częściej zostawiał mi wolną rękę w wychowaniu syna.
Ale Lucyna nie dawała za wygraną. Zaczęła rozpuszczać plotki wśród sąsiadów i rodziców ze szkoły Mateusza:
– Aleksander zatrudnił jakąś bezdomną do opieki nad dzieckiem! Kto wie, co ona przyniesie do domu?
Pewnego dnia do domu przyszła anonimowa koperta ze zdjęciem: ja i mężczyzna z przeszłości – Tomasz, z którym kiedyś dzieliłam ławkę pod mostem. Na odwrocie dopisek: „Taka osoba opiekuje się twoim synem?”
Aleksander pokazał mi zdjęcie bez słowa wyrzutu.
– To twój znajomy?
– Były… przyjaciel z ulicy. Już nie mam z nim kontaktu.
– Wierzę ci – powiedział tylko.
Ale plotki narastały. Rodzice Mateusza zaczęli szeptać na mój widok na szkolnym korytarzu:
– To ta…
– Tak, ona…
Czułam się coraz gorzej. Anna przestała ze mną rozmawiać. Lucyna triumfowała:
– Mówiłam ci! Tacy ludzie zawsze ciągną za sobą kłopoty!
Wtedy Tomasz pojawił się pod domem Aleksandra.
– Sara! Pomóż staremu kumplowi! Potrzebuję tylko paru stówek…
– Odejdź! Nie chcę cię tu widzieć!
– Pamiętaj, kto cię kiedyś ratował!
Bałam się go jak ognia. Wiedziałam, że jeśli Aleksander dowie się o jego szantażu, stracę wszystko.
Ale Anna widziała naszą rozmowę przez okno i powiedziała Aleksandrowi.
Wieczorem wezwał mnie do salonu:
– Sara… musisz wyjechać na jakiś czas. Dla bezpieczeństwa Mateusza.
Poczułam się zdradzona przez wszystkich naraz.
– Czyli jednak nigdy nie byłam tu mile widziana…
– To nie tak…
Nie słuchałam go już więcej. Spakowałam swoje rzeczy do starej torby i wyszłam bez słowa pożegnania.
Mateusz wybiegł za mną na schody:
– Sara! Nie odchodź!
Przyklękłam przy nim i wyszeptałam:
– Muszę… Ale wrócę, obiecuję.
Nie wierzył mi.
***
Spałam znów na ławce w parku. Przez kilka dni żyłam jak dawniej: z dnia na dzień, z łaski ludzi dobrej woli. Ale tym razem coś było inaczej: czułam pustkę większą niż głód czy zimno – pustkę po rodzinie, którą prawie miałam.
Aleksander szukał mnie przez kilka dni. W końcu znalazł mnie pod sklepem spożywczym.
– Sara… wróć do nas. Bez ciebie dom jest pusty.
– A jeśli Tomasz wróci?
– Poradzimy sobie razem.
Patrzył na mnie tak szczerze, że nie mogłam odmówić.
Wróciłam do domu Aleksandra i Mateusza.
Anna przyjęła mnie chłodno, ale już nie patrzyła z pogardą.
Lucyna próbowała jeszcze raz siać zamęt:
– Zobaczysz! Skończy się to źle!
Ale tym razem Aleksander był po mojej stronie:
– Jeśli masz zamiar szkodzić mojej rodzinie, lepiej odejdź sama.
Lucyna wyszła trzaskając drzwiami.
***
Myślałam, że to koniec problemów. Ale Tomasz wrócił raz jeszcze – tym razem grożąc mi ujawnieniem starych zdjęć i historii z ulicy przed całą dzielnicą.
Wtedy po raz pierwszy nie uciekłam:
– Rób co chcesz! Już się ciebie nie boję!
Aleksander stanął za mną:
– Jeszcze raz pojawisz się pod moim domem – dzwonię na policję!
Tomasz odszedł przeklinając pod nosem.
Kilka dni później dostałam list bez nadawcy: zdjęcie dwojga dzieci przed rozpadającym się domem i napis: „Nie zapomnij o mnie, siostrzyczko.”
Zamarłam. Tomasz był moim bratem z dzieciństwa – tym samym, którego straciłam po rozpadzie rodziny i pobycie w domu dziecka…
Przez całą noc płakałam nad tą fotografią – nad utraconą rodziną i nad tym wszystkim, co mogło być inaczej.
Ale rano poczułam ulgę: zamknęłam przeszłość raz na zawsze.
***
Dziś minął rok od tamtego dnia w parku. Mieszkam nadal u Aleksandra i Mateusza; jestem dla nich kimś więcej niż opiekunką – jestem częścią rodziny. Anna czasem robi mi herbatę bez słowa komentarza; Lucyna już tu nie bywa; a Mateusz codziennie rysuje dla mnie serduszka na kartkach z zeszytu.
Czasem pytam siebie: czy naprawdę zasłużyłam na tę drugą szansę? Czy można zostawić za sobą tyle bólu i zacząć od nowa?
A może to właśnie my wszyscy powinniśmy dawać sobie nawzajem więcej wiary niż strachu?
Co wy byście zrobili na moim miejscu?