Moja rodzina to prawdziwi wyjadacze: Jak z Martinem daliśmy im lekcję, której długo nie zapomną
– Klara, a czy mogłabyś jeszcze dorzucić trochę tych oliwek? I może jakieś piwko dla Janka? – głos ciotki Haliny rozbrzmiewał w kuchni, jakby była u siebie. Stałam przy blacie, krojąc kolejną deskę serów, a w środku aż mnie skręcało. To już trzeci weekend z rzędu, kiedy nasz dom zamienił się w darmowy pensjonat dla rodziny. Wszystko przez tę nieszczęsną saunę, którą z Martinem postawiliśmy na działce za domem.
Kiedy ją kupowaliśmy, wyobrażałam sobie spokojne wieczory tylko we dwoje, relaks po pracy, może czasem spotkanie z przyjaciółmi. Ale wystarczyło jedno zdjęcie wrzucone przez moją siostrę na Facebooka – i lawina ruszyła. Najpierw była mama z tatą: „Klara, kochanie, przyjedziemy w sobotę, tata marzy o saunie od lat!”. Potem Halina z Jankiem i ich trójką dzieci: „Wiesz, u nas w bloku to nawet wanny nie mamy, a tu taka okazja!”. Nawet kuzynka Ola z narzeczonym pojawiła się bez zapowiedzi: „Tylko na chwilkę, bo słyszeliśmy, że macie saunę – wow!”
Martin początkowo śmiał się z tego wszystkiego. – No co, rodzina się cieszy, niech korzystają – mówił. Ale kiedy po raz kolejny musiał sprzątać po tłumie gości, a ja wieczorami płakałam z bezsilności, zaczęło mu się udzielać moje zmęczenie.
Pewnej niedzieli, kiedy już myślałam, że wszyscy wyjechali i będziemy mogli odpocząć, zadzwoniła mama:
– Klara, a czy mogłabym zaprosić kilka koleżanek na babski wieczór? Tylko nas sześć! Tatuś zrobi bigos.
Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Martin patrzył na mnie z troską.
– Musimy coś zrobić. To już przesada – powiedział cicho.
Wieczorem usiedliśmy razem przy stole. – Klara, ja wiem, że chcesz być dobra dla wszystkich, ale oni nas wykorzystują. Nie mamy już nawet czasu dla siebie. Musimy postawić granice.
Zgodziłam się. Ale jak powiedzieć rodzinie „dość”, żeby nie wyjść na egoistkę? Przecież zawsze byłam tą „ogarniaczką”, która wszystko załatwi, ugotuje, posprząta i jeszcze się uśmiechnie.
Wpadliśmy na pomysł. Postanowiliśmy urządzić „wielkie otwarcie sauny” – oficjalne zaproszenie dla wszystkich zainteresowanych. Wysłałam wiadomość do rodziny: „Kochani! W najbliższą sobotę robimy oficjalne otwarcie naszej sauny! Zapraszamy wszystkich chętnych – będzie poczęstunek i wspólna zabawa!”
W sobotę od rana dom tętnił życiem. Mama z tatą przywieźli ciasto, Halina z Jankiem przywieźli dzieci i dmuchany basen. Ola z narzeczonymi przynieśli prosecco. Wszyscy byli podekscytowani.
A wtedy Martin ogłosił:
– Kochani! Od dziś nasza sauna działa na zasadzie klubu! Każdy może korzystać – ale trzeba się wcześniej zapisać i przynieść coś do jedzenia lub picia dla wszystkich. No i oczywiście – po sobie sprzątamy!
Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na nas zdziwieni.
– Ale jak to? – spytała Halina. – Przecież jesteśmy rodziną!
– Właśnie dlatego – odpowiedziałam spokojnie. – Chcemy dalej się spotykać, ale musimy to jakoś zorganizować. Nie damy rady wszystkiego robić sami.
Mama wyglądała na zawiedzioną, ale tata pokiwał głową ze zrozumieniem.
– To uczciwe – powiedział cicho.
Niektórzy się obrazili. Halina przez tydzień nie odbierała ode mnie telefonu. Ola napisała mi długiego SMS-a o tym, jak bardzo ją rozczarowałam. Ale po kilku dniach zaczęły przychodzić pierwsze zgłoszenia: „Klara, możemy przyjechać w przyszły piątek? Przyniesiemy sałatkę i napoje”.
Z czasem atmosfera się uspokoiła. Spotkania stały się rzadsze, ale bardziej wartościowe. Każdy coś wnosił od siebie. Nawet Halina po miesiącu zadzwoniła:
– Klara… przepraszam. Chyba trochę przesadziłam. Może wpadniemy w przyszłym tygodniu? Upiekę twoje ulubione ciasto.
Patrząc na Martina wieczorem w naszej pustej saunie, poczułam ulgę i dumę.
Czasem trzeba powiedzieć „dość”, nawet jeśli boli. Czy naprawdę bycie dobrą córką czy siostrą oznacza poświęcanie siebie bez końca? A może prawdziwa rodzina to taka, która szanuje nasze granice?