Mój stary zielony sukienka – historia matki, która nie wstydzi się swojej drogi
— Mamo, nie możesz tak iść! — głos Marka drżał od napięcia, a ja czułam, jak serce ściska mi się w gardle.
Stałam przy kuchennym stole, gładząc dłonią stary zielony materiał mojej sukienki. Ta sukienka była ze mną przez pół życia. W niej rodziłam Marka, w niej odbierałam jego dyplom na politechnice. Teraz miałam w niej iść na jego ślub. Wiem, że nie pasowała do białych obrusów, kryształowych kieliszków i błyszczących szpilek rodziny Laury. Ale nie miałam wyboru.
— Marku, nie stać mnie na nową sukienkę — odpowiedziałam cicho. — Poza tym… to jest dla mnie ważne.
Marek spuścił wzrok. Słyszałam, jak za ścianą babcia Zosia szepcze do ciotki Krysi:
— No i jak ona się pokaże? Przecież Laura to z tych lepszych…
— A co, ma się schować pod stołem? — odburknęła Krysia. — Teresa zawsze była dumna.
Zacisnęłam pięści. Dumna? Może kiedyś byłam. Ale teraz czułam tylko wstyd. Przez lata byłam dla Marka wszystkim: matką, ojcem, przyjacielem. Pracowałam od świtu do nocy na targu, żeby miał co jeść i w co się ubrać. Ale czy to wystarczyło? Czy mogłam mu dać coś więcej niż ten stary zielony łach?
Noc przed ślubem nie spałam. Słyszałam przez cienką ścianę rozmowy Marka z Laurą:
— Twoja mama jest cudowna — mówiła Laura cicho.
— Ale ona się boi… — Marek westchnął. — Boję się, że będzie jej przykro.
— Ja ją podziwiam — odpowiedziała Laura. — Chciałabym być tak silna jak ona.
Rano, kiedy słońce jeszcze nie przebiło się przez chmury, ubrałam sukienkę. Przez chwilę patrzyłam w lustro. Zmarszczki wokół oczu, dłonie popękane od pracy, włosy spięte w prosty kok. Wyglądałam… zwyczajnie. Ale w oczach miałam coś więcej niż tylko zmęczenie.
W kościele wszystko błyszczało: białe kwiaty, złote świeczniki, goście w eleganckich strojach. Czułam na sobie spojrzenia:
— To matka pana młodego? — szepnęła jakaś kobieta.
— Mogła się bardziej postarać…
Zacisnęłam usta. Nie chciałam płakać. Nie dziś.
Nagle poczułam ciepłą dłoń na ramieniu. To była Laura. W białej sukni wyglądała jak z innego świata.
— Pani Tereso… — zaczęła cicho. — Czy to ta sukienka?
Spojrzałam na nią zaskoczona:
— Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się przez łzy:
— Marek mi opowiadał. Mówił, że kiedy życie było ciężkie, widział panią w tej sukience i wiedział, że wszystko będzie dobrze.
Objęła mnie mocno. Poczułam jej szczupłe ramiona i łzy na policzku.
— Dziękuję pani za Marka — wyszeptała. — Bez pani nie byłby tym człowiekiem.
Wtedy podszedł Marek. W garniturze wyglądał jak ktoś obcy, dorosły, poważny. Ale kiedy spojrzał mi w oczy, zobaczyłam w nim mojego małego chłopca.
— Mamo… — powiedział drżącym głosem. — Dziękuję ci za wszystko. Ta sukienka jest najpiękniejsza na świecie, bo przypomina mi ciebie.
Nie wytrzymałam. Łzy popłynęły mi po policzkach.
Po ceremonii podeszła do mnie matka Laury, pani Barbara:
— Pani Tereso… chciałam powiedzieć… wygląda pani pięknie. Ten kolor… jest taki żywy.
Nie wiedziałam, czy mówi szczerze, czy tylko z grzeczności. Ale uśmiechnęłam się i podziękowałam.
Na sali weselnej Laura wzięła mikrofon:
— Chciałabym podziękować jednej osobie… mojej nowej mamie — powiedziała głośno. — To ona nauczyła Marka miłości i siły. Bez niej nie byłby dziś tym człowiekiem.
Goście bili brawo. Ja stałam pośrodku sali, trzymając się kurczowo mojej starej sukienki i płakałam – tym razem ze szczęścia.
Wieczorem usiadłam na ławce przed domem. Obok mnie usiadł Marek.
— Mamo… przepraszam za wszystko, co kiedyś powiedziałem źle o tej sukience — szepnął.
Pogładziłam go po włosach:
— Synku… ta sukienka to całe moje życie. Każda plama to twoje dzieciństwo, każda nitka to nasze wspólne chwile.
Spojrzał na mnie poważnie:
— Chciałbym kiedyś być tak silny jak ty.
Przytuliłam go mocno.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Przypomniały mi się wszystkie lata samotności: jak nosiłam worki ziemniaków na targu zimą, jak płakałam po nocach ze zmęczenia i strachu o przyszłość Marka. Jak sąsiadki patrzyły na mnie z góry, bo nie miałam męża ani pieniędzy.
Ale dziś… dziś poczułam się ważna. Nie dlatego, że ktoś mnie pochwalił czy że miałam nową sukienkę. Tylko dlatego, że mój syn i jego żona widzieli we mnie coś więcej niż biedę i zmarszczki.
Czy naprawdę trzeba mieć pieniądze i markowe ubrania, żeby być kimś? Czy to nasze wybory i miłość nie są ważniejsze niż opinia innych?
Może właśnie w tej starej zielonej sukience jestem najpiękniejsza – bo jestem sobą.