Między miłością a strachem: Historia matki, która musi wybrać
— Mamo, błagam cię, sprzedaj mieszkanie. Dla nas to jedyna szansa.
Te słowa uderzyły mnie jak zimny prysznic. Stał w przedpokoju, jeszcze zanim zdążyłam zdjąć buty. Michał — mój syn, mój dorosły syn — z dzieckiem na rękach, rozczochrany, z podkrążonymi oczami. Jego żona, Ania, siedziała w kuchni, patrząc w okno z pustym wzrokiem. W powietrzu wisiała cisza, napięta jak struna.
— Michał… — zaczęłam cicho, próbując zrozumieć, co się dzieje. — Co się stało?
— Straciłem pracę — powiedział bez ogródek. — Nie mamy już oszczędności. Kredyt nas dobija. Ania… — spojrzał na żonę — …nie daje rady sama z małym. Mamo, jeśli nie sprzedasz mieszkania i nie pomożesz nam, nie wiem, co będzie.
Poczułam, jak serce mi się ściska. Przez chwilę miałam ochotę go przytulić, jak wtedy, gdy był mały i płakał po upadku z roweru. Ale teraz był dorosły. I jego problemy też były dorosłe.
Usiadłam na krześle w kuchni. Ania nawet nie spojrzała w moją stronę. Wzięłam głęboki oddech.
— Michał, to jest moje jedyne mieszkanie. Gdzie ja pójdę?
— Możesz zamieszkać z nami — rzucił szybko, jakby miał już wszystko przemyślane. — Albo wynająć coś mniejszego. Mamo, proszę cię…
W jego głosie słyszałam rozpacz. Ale w mojej głowie kłębiły się inne myśli: Co będzie ze mną? Mam 62 lata. Kto mnie przyjmie do pracy? Czy będę ciężarem dla nich? Czy będę musiała patrzeć na ich kłótnie, słuchać płaczu wnuka każdej nocy?
Przypomniałam sobie rozmowy z koleżankami z pracy: „Nie oddawaj mieszkania dzieciom za życia! Zostaniesz z niczym!”. Ile razy słyszałam te historie o matkach wyrzuconych na bruk przez własne dzieci? Ale to przecież mój Michał… Mój jedyny syn.
— Muszę się zastanowić — powiedziałam cicho.
Michał spuścił głowę. Ania wstała i wyszła z kuchni bez słowa.
Przez kolejne dni nie mogłam spać. Chodziłam po mieszkaniu jak cień. Każda rzecz przypominała mi o życiu, które tu przeżyłam: zdjęcia Michała z pierwszego dnia szkoły, ślady po kredkach na ścianie w przedpokoju, stary fotel po mojej mamie. Czy naprawdę mogłabym to wszystko zostawić?
Telefon dzwonił codziennie.
— Mamo, przemyślałaś? — pytał Michał.
— Jeszcze nie — odpowiadałam za każdym razem.
W końcu przyszła do mnie sąsiadka, pani Zosia.
— Słyszałam, że Michał ma kłopoty — zaczęła delikatnie. — Wiesz… moja kuzynka oddała mieszkanie córce i teraz mieszka w piwnicy u znajomych. Dzieci się zmieniają, jak mają własne rodziny…
Poczułam lęk. Czy mój syn też mógłby się zmienić?
Tego wieczoru zadzwoniła Ania.
— Pani Haniu… — jej głos był cichy i zmęczony. — Ja wiem, że to trudne. Ale my naprawdę nie mamy już wyjścia. Michał jest załamany. Ja… ja już nie mam siły.
Zawahałam się.
— Aniu, a co jeśli sprzedam mieszkanie i potem nie będę miała gdzie mieszkać?
— Zamieszkamy razem. Obiecuję, że będzie dobrze.
Ale czy naprawdę mogłam im zaufać?
Następnego dnia Michał przyszedł do mnie sam.
— Mamo, przepraszam za presję… Ale naprawdę nie wiem już, co robić. Kredyt nas wykańcza. Boję się o Antosia… Boję się o Anię… Boję się o siebie.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w nim tego małego chłopca, który kiedyś bał się ciemności.
— Michał… A jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli się pokłócimy? Jeśli będziesz chciał mnie wyrzucić?
Zamilkł na chwilę.
— Nigdy bym ci tego nie zrobił! Jesteś moją mamą!
Ale przecież tyle razy słyszałam te historie…
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka zapytała:
— Haniu, co się dzieje?
Opowiedziałam jej wszystko.
— Uważaj — powiedziała stanowczo. — Dzieci potrafią być niewdzięczne. Pomyśl o sobie!
Ale jak mogłam myśleć tylko o sobie? Przecież jestem matką!
W końcu podjęłam decyzję: spotkam się z notariuszem i dowiem się wszystkiego o umowie dożywocia.
Michał był zachwycony.
— Mamo! Dziękuję! Nawet nie wiesz, ile to dla nas znaczy!
Ale Ania była chłodna.
— To znaczy, że będziemy mieć panią na głowie przez resztę życia? — rzuciła półżartem.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać.
Wieczorem długo płakałam. Przeglądałam stare zdjęcia i zastanawiałam się: gdzie popełniłam błąd? Czy za bardzo go rozpieściłam? Czy powinnam była być twardsza?
Notariusz wyjaśnił mi wszystko szczegółowo.
— Proszę pamiętać: umowa dożywocia chroni panią przed wyrzuceniem z mieszkania. Ale relacje rodzinne mogą się skomplikować…
Wróciłam do domu jeszcze bardziej zagubiona.
Michał zadzwonił tego samego wieczoru.
— Mamo… Ania mówi, że może lepiej poszukać innego rozwiązania. Może kredyt konsolidacyjny? Może wynajmiemy pokój?
Poczułam ulgę i jednocześnie żal.
— Michał… Ja chciałam wam pomóc…
— Wiem, mamo. Przepraszam za presję. Po prostu… boję się przyszłości.
Przez kolejne tygodnie nasze relacje były napięte. Spotykaliśmy się rzadziej. Ania unikała rozmów ze mną. Michał był zamyślony i przygaszony.
W końcu zadzwonił do mnie pewnego wieczoru:
— Mamo… Dziękuję ci za wszystko. Postanowiliśmy sprzedać samochód i wynająć mniejsze mieszkanie. Nie chcemy ci zabierać domu.
Poczułam ulgę… ale też pustkę. Czy to znaczyło, że już im nie jestem potrzebna?
Siedzę teraz przy oknie mojego starego mieszkania i patrzę na światła miasta. Myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy można być dobrą matką i jednocześnie zadbać o siebie? Czy miłość do dziecka zawsze musi oznaczać poświęcenie siebie?