„Kiedy moja córka postanowiła wyjść za biednego Janka, byłam przeciwna. Nie wiedziałam, co los dla nas szykuje”
— Nie zgadzam się, Aniu! — krzyknęłam, trzaskając drzwiami kuchni, aż szklanki na stole zadźwięczały. — Nie po to harowałam całe życie, żebyś teraz wiązała się z kimś takim jak Janek!
Moja córka stała w progu, z oczami pełnymi łez, ale i z tą upartą iskrą, którą znałam aż za dobrze. — Mamo, kocham go. On jest dobrym człowiekiem, nie patrz tylko na pieniądze! — Jej głos drżał, ale nie ustępowała.
W tamtej chwili poczułam, jakby ktoś wyrywał mi serce. Przez całe życie walczyłam o to, by Ania miała lepiej niż ja. Sama wychowywałam ją po śmierci męża, pracując na dwa etaty w sklepie spożywczym i sprzątając u bogatych ludzi. Zawsze powtarzałam jej: „Ucz się, żebyś nie musiała się martwić o jutro”. A teraz ona chciała wyjść za chłopaka, który ledwo wiązał koniec z końcem, mieszkał z matką w starej kamienicy i pracował na budowie.
— On cię nie utrzyma, Aniu! — próbowałam jeszcze raz, łapiąc się ostatniej deski ratunku. — Zobacz, jak żyje jego rodzina. Chcesz takiego życia dla siebie? Dla swoich dzieci?
— Mamo, nie wszystko w życiu to pieniądze! — wykrzyknęła, a potem wybiegła z domu, zostawiając mnie samą z moim gniewem i strachem.
Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Ania wracała późno, unikała mnie, a ja udawałam, że nie widzę jej czerwonych oczu. W pracy nie mogłam się skupić, koleżanki pytały, co się dzieje, ale tylko machałam ręką. W środku czułam, jakby ktoś rozdzierał mnie na pół. Z jednej strony chciałam, by była szczęśliwa, z drugiej — bałam się, że popełni błąd, którego nie da się cofnąć.
Pewnego wieczoru, gdy wróciłam do domu, zastałam Janka siedzącego przy kuchennym stole. Był spięty, nerwowo obracał w dłoniach kubek z herbatą. Ania stała obok niego, patrząc na mnie z niepokojem.
— Dobry wieczór, pani Zosiu — zaczął Janek, z trudem łapiąc oddech. — Przyszedłem, bo… bo chcę pani powiedzieć, że naprawdę kocham Anię. Wiem, że nie mam wiele, ale zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa. Proszę mi zaufać.
Spojrzałam na niego chłodno. — Miłość nie nakarmi cię zimą, Janku. — Wstałam, nie chcąc słuchać więcej. — Ania jest moją jedyną córką. Nie pozwolę, żeby zmarnowała sobie życie.
Janek spuścił głowę, ale nie wyszedł. — Pani Zosiu, wiem, że nie jestem idealny. Ale proszę mi dać szansę. Może kiedyś pani zobaczy, że nie wszystko w życiu to pieniądze.
Wyszedł razem z Anią, a ja zostałam sama, czując się jak najgorsza matka na świecie. Przez kolejne tygodnie nasze relacje były napięte. Ania coraz częściej nocowała u Janka, a ja coraz częściej płakałam po nocach. W pracy byłam rozkojarzona, koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem.
W końcu nadszedł dzień, którego się bałam. Ania oznajmiła, że wychodzi za Janka. — Mamo, nie musisz przychodzić na ślub, jeśli nie chcesz — powiedziała cicho, pakując swoje rzeczy do walizki. — Ale ja go kocham. I nie zamierzam z tego rezygnować.
Patrzyłam, jak wychodzi z domu, a moje serce pękało na milion kawałków. Przez kilka dni nie mogłam się pozbierać. W końcu, za namową sąsiadki, poszłam do kościoła. Usiadłam w ławce i zaczęłam się modlić, choć nie wiedziałam, o co. O siłę? O przebaczenie? O to, by Ania była szczęśliwa?
Ślub odbył się skromnie, w małym kościele na obrzeżach miasta. Przyszłam, choć do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy dam radę. Gdy zobaczyłam Anię w białej sukni, z Jankiem u boku, poczułam ukłucie żalu, ale i dumy. Była szczęśliwa. To było widać w jej oczach.
Po ślubie życie nie było łatwe. Ania i Janek wynajęli małe mieszkanie na poddaszu starej kamienicy. Często brakowało im pieniędzy, ale nigdy nie słyszałam, żeby narzekali. Pracowali ciężko, wspierali się nawzajem. Czasem przychodzili do mnie na obiad, a ja udawałam, że nie widzę, jak Ania podjada ziemniaki, jakby nie jadła od rana.
Któregoś dnia Ania przyszła do mnie sama, z oczami pełnymi łez. — Mamo, jestem w ciąży — wyszeptała. — Boję się, że sobie nie poradzimy.
Przytuliłam ją mocno, po raz pierwszy od miesięcy. — Dasz radę, córeczko. Zawsze dawałaś.
Od tego dnia zaczęłam pomagać im, jak tylko mogłam. Przynosiłam jedzenie, ubranka dla dziecka, czasem parę złotych. Janek coraz częściej wpadał do mnie, żeby naprawić kran czy pomóc w ogrodzie. Zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Widziałam, jak bardzo kocha Anię, jak się stara. Może nie miał pieniędzy, ale miał serce na dłoni.
Kiedy urodziła się mała Zosia, moje serce stopniało. Patrzyłam na wnuczkę i wiedziałam, że nie mogłam się bardziej mylić. Ania i Janek byli szczęśliwi, mimo trudności. Ich miłość była prawdziwa, silniejsza niż bieda czy moje uprzedzenia.
Dziś, gdy patrzę na nich, wiem, że nie wszystko w życiu można zmierzyć pieniędzmi. Czasem to, co najważniejsze, przychodzi do nas w najmniej oczekiwany sposób.
Często zastanawiam się: ile razy w życiu pozwalamy, by strach odebrał nam szansę na prawdziwe szczęście? Czy potrafimy wybaczyć sobie własne błędy i pozwolić innym żyć po swojemu? Może właśnie w tym tkwi prawdziwa siła rodziny…