Kiedy brat i bratowa zabierają ci dom: Historia o utracie własnego miejsca pod słońcem

— Iwona, możesz się przesunąć? Marta musi mieć miejsce na swoje rzeczy — usłyszałam głos mamy, gdy próbowałam zamknąć drzwi do swojego pokoju. To był trzeci raz tego tygodnia, kiedy ktoś bez pukania wszedł do mojej przestrzeni. Zawsze byłam tą cichą, niewidzialną córką, która nie sprawiała problemów. Ale odkąd Tomek z Martą wprowadzili się do naszego dwupokojowego mieszkania na Bródnie, wszystko się zmieniło.

Pamiętam ten dzień, kiedy przyszli z walizkami. Mama była podekscytowana, tata udawał, że nie jest zły, a ja… ja czułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Tomek zawsze był oczkiem w głowie rodziców. Kiedy wyjechał na studia do Krakowa, w domu zrobiło się ciszej, spokojniej. Myślałam, że w końcu będę miała trochę uwagi dla siebie. Ale teraz wrócił — z żoną, która patrzyła na mnie z góry od pierwszego dnia.

— Iwona, nie mogłabyś spać na kanapie w salonie? Marta jest w ciąży i potrzebuje spokoju — powiedział Tomek pewnego wieczoru, jakby to było oczywiste. Poczułam gulę w gardle. To był mój pokój. Moje biurko, moje książki, moje zdjęcia na ścianie. Ale rodzice spojrzeli na mnie z wyrzutem.

— Przecież to tylko na chwilę — dodała mama. — Musisz być wyrozumiała.

Chciałam krzyczeć, ale tylko skinęłam głową i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Przez kolejne tygodnie spałam na rozkładanej kanapie, budząc się co noc od hałasów z kuchni albo rozmów Tomka i Marty za ścianą. Moje życie zamieniło się w ciągłe ustępstwa. Nawet łazienka przestała być moją oazą — Marta zostawiała wszędzie kosmetyki i ubrania.

Zaczęłam wracać później do domu. Siedziałam godzinami w bibliotece albo spacerowałam po osiedlu, byle tylko nie musieć patrzeć na szczęśliwą rodzinę w moim dawnym domu. Czułam się jak cień, jak gość we własnym życiu.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę rodziców przez cienką ścianę:

— Iwona powinna już pomyśleć o wyprowadzce — powiedział tata cicho.
— Ale gdzie ona pójdzie? Przecież nie zarabia tyle, żeby wynająć coś sama — odpowiedziała mama.
— Tomek ma rodzinę. Musimy im pomóc.

Leżałam wtedy na kanapie i płakałam w poduszkę. Czy naprawdę byłam już tylko przeszkodą? Czy bycie „tym dzieckiem, które zostało” oznaczało bycie niewidzialnym?

Następnego dnia Marta weszła do salonu bez pukania:
— Iwona, mogłabyś dziś zrobić zakupy? Skończyło się mleko i chleb.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
— Pracuję do późna — odpowiedziałam chłodno.
— No ale przecież i tak nic nie robisz po pracy — rzuciła z uśmiechem.

Wtedy coś we mnie pękło.
— Może powinniście sami zadbać o swoje potrzeby? To nie jest już mój dom — powiedziałam drżącym głosem.
Marta spojrzała na mnie z pogardą i wyszła bez słowa.

Wieczorem wybuchła awantura. Tomek krzyczał, że jestem egoistką, że nie rozumiem, jak ciężko jest im teraz. Mama płakała, tata milczał. Ja stałam pośrodku salonu i czułam się jak obca wśród własnej rodziny.

Przez kolejne dni atmosfera była napięta jak struna. Każde słowo mogło wywołać eksplozję. Zaczęłam szukać pokoju do wynajęcia przez internet. Każda oferta była za droga albo już zajęta. Czułam się coraz bardziej bezradna.

Pewnej nocy usiadłam przy oknie i patrzyłam na światła bloków naprzeciwko. Ile osób czuje się tak samo jak ja? Ile dzieci zostaje w domu rodzinnym tylko po to, by pewnego dnia usłyszeć, że już nie są mile widziane?

W końcu znalazłam pokój u starszej pani na Ochocie. Nie był duży ani nowoczesny, ale miał drzwi zamykane na klucz i ciszę, której tak bardzo potrzebowałam. Spakowałam swoje rzeczy w dwie walizki i wyszłam bez pożegnania. Mama dzwoniła kilka razy, ale nie odebrałam. Potrzebowałam czasu dla siebie.

Dziś minęły trzy miesiące od tamtego dnia. Nadal boli mnie serce na myśl o domu, który przestał być moim miejscem na ziemi. Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy naprawdę bycie lojalnym wobec rodziny musi oznaczać rezygnację z siebie?

Może każdy z nas musi kiedyś stracić dom, żeby odnaleźć siebie? Czy to ja zawiodłam rodzinę — czy może oni zawiedli mnie?