„Jeśli mi nie pomożecie, wszystko sprzedam i pójdę do domu starców” – historia matki, która poczuła się zapomniana
– Naprawdę nie możesz przyjechać? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć stanowczo. – Mamo, przecież wiesz, że mam teraz tyle pracy… – odpowiedziała Agnieszka, moja najstarsza córka. W tle słyszałam śmiech jej dzieci i dźwięk telewizora. – Może w weekend? – dodała po chwili, ale już wiedziałam, że to tylko puste słowa.
Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam na swoje dłonie. Drżały. W kuchni czekał na mnie stos naczyń, a w lodówce światło i resztka masła. Od śmierci Zbyszka wszystko było trudniejsze. Nawet oddychanie. Dzieci – Agnieszka, Tomek i Basia – rozjechały się po Polsce, mają swoje życie. A ja? Ja zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, z widokiem na blok naprzeciwko i wspomnieniami, które czasem bolą bardziej niż reumatyzm.
Pamiętam, jak kiedyś marzyłam o tym, żeby dzieci były szczęśliwe. Żeby miały lepiej niż my z Zbyszkiem. Pracowałam po godzinach w szkole, szyłam im ubrania, gotowałam obiady na zapas. Zawsze byłam dla nich. A teraz? Teraz nawet nie mają czasu zadzwonić.
– Mamo, nie przesadzaj – powiedział Tomek tydzień temu, kiedy poprosiłam go o pomoc przy wymianie żarówki. – Przecież możesz poprosić sąsiada.
Sąsiad… Pan Marian z piętra niżej ledwo chodzi o lasce. Nie będę go fatygować. Ale dzieci tego nie rozumieją. Dla nich jestem już tylko problemem do rozwiązania.
Wczoraj wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: co by było, gdybym naprawdę sprzedała mieszkanie i poszła do domu opieki? Może wtedy zrozumieliby, że matka to nie mebel, który można odstawić w kąt.
Dziś rano zadzwoniła Basia. – Mamo, słyszałam od Agnieszki, że jesteś jakaś przygnębiona. Co się dzieje?
– Nic się nie dzieje – odpowiedziałam zbyt szybko. – Po prostu czasem czuję się… sama.
– Przecież masz tyle znajomych! – przerwała mi Basia. – A może powinnaś zapisać się na jakieś zajęcia dla seniorów?
Zajęcia dla seniorów… Jakby to miało zastąpić rozmowę z własnym dzieckiem.
Wieczorem usiadłam przy stole i napisałam list. Prawdziwy list, nie SMS-a czy maila. „Jeśli mi nie pomożecie, wszystko sprzedam i pójdę do domu starców” – napisałam drżącą ręką. „Nie chcę być ciężarem, ale nie chcę też być sama.”
Nie wysłałam go od razu. Leżał na stole przez dwa dni, zanim zebrałam się na odwagę. W końcu wrzuciłam go do skrzynki pocztowej.
Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewałam. Najpierw zadzwoniła Agnieszka:
– Mamo, co ty wypisujesz?! Przecież nikt cię nie chce oddać do domu! Po prostu… mamy dużo na głowie.
– A ja nie mam? – przerwałam jej. – Myślisz, że starość to wakacje?
Po tej rozmowie długo płakałam. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz czułam się tak bezradna.
Kilka dni później Tomek przyszedł bez zapowiedzi. Przyniósł ciasto z cukierni i kawę.
– Mamo… przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak ci ciężko.
– Nie chodzi o to, żebyście mnie odwiedzali z litości – powiedziałam cicho. – Chciałabym po prostu czasem poczuć, że jestem wam potrzebna.
Tomek spuścił wzrok.
– Wiesz… my chyba wszyscy trochę się pogubiliśmy po śmierci taty.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem Tomek zaproponował, że wymieni żarówki i naprawi cieknący kran.
Basia zadzwoniła wieczorem:
– Mamo, może przyjedziesz do nas na weekend? Dzieci za tobą tęsknią.
Zgodziłam się bez przekonania. W sobotę rano spakowałam torbę i pojechałam do Basi pod Piaseczno. Jej dom był pełen hałasu i śmiechu dzieci. Przez chwilę poczułam się znowu potrzebna.
Ale wieczorem usłyszałam rozmowę Basi z mężem:
– Musimy coś wymyślić z mamą… Nie możemy jej przecież zabierać na każdy weekend.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.
Wróciłam do siebie w niedzielę wieczorem. W pustym mieszkaniu echo odbijało się od ścian.
Następnego dnia zadzwoniła Agnieszka:
– Mamo… może rzeczywiście powinniśmy pomyśleć o jakiejś pomocy dla ciebie? Może opiekunka?
– Nie chcę obcej osoby w domu! Chcę was! – wykrzyczałam przez łzy.
Po tej rozmowie długo siedziałam w fotelu i patrzyłam przez okno na szare bloki Ursynowa. Czy naprawdę jestem już tylko ciężarem?
Wieczorem przyszła sąsiadka pani Halina.
– Coś taka smutna, Marysiu?
Opowiedziałam jej wszystko. O liście, o dzieciach, o samotności.
– Wiesz… ja też mam dzieci daleko. Ale nauczyłam się żyć dla siebie. Chodzę na spacery, czytam książki, spotykam się z koleżankami z klubu seniora. Może spróbuj?
Pomyślałam o tym długo tej nocy. Może rzeczywiście za bardzo oczekuję od dzieci? Może powinnam nauczyć się żyć inaczej?
Następnego dnia poszłam do klubu seniora na osiedlu. Poznałam tam panią Wandę i pana Stefana. Rozmawialiśmy o dawnych czasach, śmialiśmy się z własnych słabości.
Po raz pierwszy od dawna poczułam się częścią jakiejś wspólnoty.
Dzieci dzwoniły rzadziej niż bym chciała, ale już nie czekałam na ich telefon z takim bólem jak wcześniej. Zaczęłam żyć swoim życiem: chodziłam na spacery po parku, zapisałam się na zajęcia z malarstwa.
Czasem jeszcze wraca myśl: czy dobrze zrobiłam? Czy powinnam była postawić granicę wcześniej? Czy rodzic ma prawo oczekiwać wdzięczności od dorosłych dzieci?
Patrzę dziś na swoje odbicie w lustrze i pytam siebie: czy samotność to kara za miłość bez granic? A może to po prostu kolejny etap życia, którego muszę nauczyć się akceptować?
Czy wy też czuliście się kiedyś opuszczeni przez najbliższych? Jak sobie z tym radzicie?