Granice serca: Historia matki z warszawskiego blokowiska

– Znowu nie zapłaciłeś za prąd, Marcin? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć stanowczo. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni rachunek, który znalazłam rano pod drzwiami. Marcin siedział przy stole, zapatrzony w ekran telefonu, jakby nie słyszał świata wokół.

– Mamo, przecież mówiłem, że oddam ci wszystko w przyszłym tygodniu. Daj mi spokój – rzucił beznamiętnie, nie podnosząc wzroku.

Wtedy poczułam znajome ukłucie w sercu – mieszaninę złości, bezsilności i… wstydu. Ile razy już to słyszałam? Ile razy tłumaczyłam przed sąsiadami, że „mój syn szuka pracy”, choć wiedziałam, że większość czasu spędza na kanapie albo z kolegami na ławce pod blokiem?

Mam na imię Anna. Mam 54 lata i od ponad dwudziestu lat mieszkam na Ursynowie, w trzypokojowym mieszkaniu z widokiem na szare bloki i plac zabaw. Mój mąż, Andrzej, odszedł pięć lat temu – najpierw do innej kobiety, potem do innego miasta. Zostałam sama z Marcinem i młodszą córką, Kasią. Kasia szybko się usamodzielniła – studiuje w Krakowie i rzadko wraca do domu. Marcin został. I z każdym rokiem coraz bardziej czułam, że nie potrafię go wypchnąć z gniazda.

– Mamo, nie rozumiesz mnie! – krzyczał kiedyś Marcin podczas jednej z naszych kłótni. – Ty zawsze tylko wymagasz! Nigdy nie pytasz, jak się czuję!

A ja pytałam. Pytałam setki razy. Ale odpowiedzi były zawsze takie same: „Daj mi spokój”, „Nie wtrącaj się”, „To moje życie”. Tylko że jego życie było też moim życiem – bo to ja płaciłam rachunki, ja gotowałam obiady i ja tłumaczyłam się rodzinie.

Moja siostra, Basia, powtarzała: – Anka, musisz postawić granice. On cię wykorzystuje! Przecież to dorosły facet!

Ale jak postawić granice własnemu dziecku? Jak powiedzieć „dość”, kiedy pamiętasz jego pierwsze kroki, pierwsze słowa? Kiedy widzisz w nim tego małego chłopca z rozbitym kolanem?

Pewnego wieczoru usiadłam na balkonie z kubkiem herbaty. Było zimno, ale nie chciałam wracać do środka. Słyszałam przez zamknięte drzwi śmiech Marcina i jego kolegi Pawła. Wiedziałam, że znów będą pić piwo do późna. Wtedy zadzwoniła Kasia.

– Mamo… – jej głos był cichy i zmęczony. – Wszystko u was w porządku?

– Tak, kochanie – skłamałam odruchowo.

– Wiem, że nie jest łatwo z Marcinem. Może powinnaś… no wiesz… postawić mu jakieś ultimatum? Przecież nie możesz tak wiecznie żyć.

Zacisnęłam powieki. Nawet ona to widziała. Nawet ona wiedziała, że jestem więźniem własnej dobroci.

Następnego dnia rano znalazłam na stole pustą butelkę po wódce i niedopałki papierosów. W kuchni śmierdziało tanim alkoholem. Marcin spał na kanapie w ubraniu.

– Marcin! – potrząsnęłam go za ramię. – Tak nie może być! Albo znajdziesz pracę i zaczniesz się dokładać do rachunków, albo…

– Albo co? Wyrzucisz mnie? – spojrzał na mnie z pogardą.

Zabrakło mi słów. Nie potrafiłam powiedzieć tego głośno.

Wieczorem zadzwoniła Basia.

– Anka, musisz być twarda. On się nie zmieni, jeśli będziesz mu wszystko wybaczać.

– Ale to mój syn…

– I co z tego? Ty też jesteś człowiekiem! Ile jeszcze wytrzymasz?

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, jak wygląda moje życie. Praca w sklepie spożywczym za najniższą krajową, wieczne oszczędzanie na wszystkim – na jedzeniu, na ubraniach, nawet na lekarstwach. I ten strach – że kiedyś zabraknie mi sił.

Następnego dnia po pracy wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Marcin siedział przy komputerze.

– Była dziś u nas pani z administracji – powiedziałam spokojnie. – Mamy zaległości za czynsz. Jeśli nie zapłacimy do końca miesiąca, mogą nas eksmitować.

Marcin wzruszył ramionami.

– To twoje mieszkanie.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Nie! To nasze mieszkanie! Ale jeśli nie zaczniesz się dokładać, będziesz musiał się wyprowadzić!

Wstał gwałtownie.

– Ty naprawdę chcesz mnie wyrzucić na ulicę?!

– Chcę tylko… żebyś był odpowiedzialny! – łzy napłynęły mi do oczu.

Wyszedł trzaskając drzwiami.

Przez kolejne dni prawie się nie odzywaliśmy. W pracy byłam rozkojarzona, popełniałam błędy przy kasie. Kierowniczka patrzyła na mnie z politowaniem.

W weekend zadzwoniła Kasia.

– Mamo… może przyjadę na kilka dni? Pogadamy spokojnie?

Przyjechała w niedzielę rano. Przywiozła ciasto i uśmiech, którego tak bardzo mi brakowało.

Wieczorem usiedliśmy we trójkę przy stole. Kasia spojrzała bratu prosto w oczy:

– Marcin… Mama nie jest twoją służącą. Jeśli jej nie pomożesz, będziesz musiał sobie radzić sam.

Marcin milczał długo. W końcu wyszedł do swojego pokoju.

Kasia przytuliła mnie mocno.

– Musisz być silna dla siebie, mamo. Nie tylko dla niego.

Tamtej nocy długo rozmawiałyśmy o wszystkim: o dzieciństwie Marcina, o moim małżeństwie z Andrzejem, o tym, jak bardzo boję się samotności.

Kilka dni później Marcin przyszedł do kuchni wcześnie rano.

– Mamo… przepraszam za wszystko. Spróbuję znaleźć pracę. Ale… czy mogę jeszcze trochę zostać?

Patrzyłam na niego długo. Widziałam w nim dorosłego mężczyznę i zagubionego chłopca jednocześnie.

– Możesz zostać… ale musisz się zmienić. Inaczej ja też już nie dam rady.

Uśmiechnął się blado.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy Marcin naprawdę się zmieni. Ale wiem jedno: czasem trzeba postawić granice nawet tym, których kochamy najbardziej na świecie.

Czy matka ma prawo powiedzieć „dość” własnemu dziecku? Czy miłość naprawdę wszystko wybacza? Co wy byście zrobili na moim miejscu?