Czy to ja zniszczyłam własną rodzinę? Historia matki, która nie potrafiła zaakceptować synowej

– Nie rozumiem, dlaczego nie możesz znaleźć sobie kogoś lepszego, Pawle – powiedziałam z goryczą, patrząc na syna, który właśnie wprowadził Martę do naszego mieszkania. Była cicha, zbyt cicha, jakby bała się odezwać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ja jestem powodem jej milczenia.

Od pierwszego dnia, kiedy Paweł przedstawił mi Martę, czułam, że coś jest nie tak. Miała w sobie coś, co mnie drażniło – może to była jej nieśmiałość, może sposób, w jaki patrzyła na mojego syna, jakby tylko on się liczył na świecie. A może po prostu nie chciałam, żeby ktoś inny zajął moje miejsce w jego życiu. Byłam wdową od dziesięciu lat, Paweł był moim jedynym dzieckiem, moim oczkiem w głowie. Zawsze byliśmy blisko, dzieliliśmy się wszystkim. Kiedy pojawiła się Marta, poczułam, jakby ktoś wyrywał mi serce.

– Mamo, proszę cię, daj jej szansę – mówił Paweł, kiedy po raz kolejny wyraziłam swoje niezadowolenie. – Ona jest dla mnie ważna.

– Ważna? – prychnęłam. – Nawet nie potrafi ugotować porządnego obiadu, a ty chcesz z nią spędzić resztę życia?

Marta spuściła wzrok, a Paweł zacisnął pięści. Widziałam, że go ranię, ale nie mogłam się powstrzymać. W mojej głowie wciąż powracała myśl: „To nie jest dziewczyna dla mojego syna”.

Rodzina również nie była zachwycona. Moja siostra, ciotka Basia, szeptała mi do ucha: – Widzisz, jaka ona jest? Ani słowa nie powie, tylko siedzi i patrzy. Co to za dziewczyna?

Czułam się wspierana, utwierdzana w przekonaniu, że mam rację. Im bardziej Paweł próbował mnie przekonać, tym bardziej się upierałam. Zaczęłam szukać wad Marty, wytykać jej każde potknięcie. Kiedy raz zapomniała kupić chleb na śniadanie, powiedziałam: – U nas w domu nigdy nie brakowało chleba. Moja mama zawsze dbała, żeby wszystko było na czas.

Marta milczała. Paweł coraz częściej wychodził z domu, wracał późno, unikał rozmów. Zaczęłam czuć, że tracę syna. Ale zamiast się zatrzymać, jeszcze bardziej naciskałam.

Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam ich pakujących walizki.

– Co się dzieje? – zapytałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.

– Przeprowadzamy się – odpowiedział Paweł, nie patrząc mi w oczy. – Musimy mieć trochę spokoju.

– Spokoju? – powtórzyłam głucho. – Przed kim? Przede mną?

– Mamo, nie rozumiesz… – zaczął, ale przerwałam mu.

– To przez nią, prawda? Ona cię namawia!

Marta spojrzała na mnie z łzami w oczach. – Pani Anno, ja nie chcę zabierać pani syna. Chciałam tylko, żebyśmy wszyscy byli rodziną.

– Rodziną? – zaśmiałam się gorzko. – Rodzina to coś więcej niż tylko mieszkanie pod jednym dachem.

Nie zatrzymałam ich. Stałam w progu, patrząc, jak wychodzą, a potem długo siedziałam w pustym mieszkaniu, słuchając ciszy.

Przez kilka tygodni nie miałam od nich żadnych wieści. Próbowałam dzwonić, pisać, ale Paweł nie odbierał. W końcu przyszła wiadomość: „Mamo, potrzebujemy czasu. Proszę, nie kontaktuj się z nami przez jakiś czas”.

Poczułam, jakby ktoś wyciął mi serce. Przez całe życie starałam się być dobrą matką, dbałam o Pawła, poświęcałam się dla niego. A teraz zostałam sama.

Rodzina zaczęła się ode mnie odsuwać. Ciotka Basia przestała dzwonić, kuzynka Magda unikała spotkań. Wszyscy patrzyli na mnie z ukosa, jakby to była moja wina.

Zaczęłam analizować wszystko od początku. Czy naprawdę Marta była taka zła? Czy może to ja nie potrafiłam zaakceptować, że mój syn dorasta, że ma prawo do własnego życia? Przypomniałam sobie, jak sama kiedyś walczyłam o akceptację mojej teściowej. Jak bolały mnie jej słowa, jak czułam się obca w jej domu. Przysięgałam sobie wtedy, że nigdy nie będę taka jak ona. A jednak…

Któregoś wieczoru, siedząc sama w kuchni, usłyszałam dźwięk telefonu. To była wiadomość od Pawła: „Mamo, urodziła się Zosia. Jeśli chcesz ją poznać, musisz zaakceptować Martę”.

Łzy napłynęły mi do oczu. Zosia. Moja wnuczka. A ja nawet nie wiedziałam, że Marta jest w ciąży. Przegapiłam wszystko przez własną dumę i upór.

Zadzwoniłam do siostry. – Basiu, co mam robić? – zapytałam, szlochając. – Straciłam syna, wnuczkę… Wszystko przez to, że nie potrafiłam zaakceptować Marty.

– Aniu, musisz przeprosić – odpowiedziała cicho. – To jedyne, co możesz teraz zrobić.

Całą noc nie spałam, układając w głowie słowa, które chciałam powiedzieć. Rano pojechałam pod ich blok. Stałam pod drzwiami, drżąc ze strachu. Kiedy otworzyła mi Marta, zobaczyłam w jej oczach zmęczenie, ale i cień nadziei.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Przepraszam za wszystko. Chciałabym poznać Zosię. I ciebie też.

Marta spojrzała na mnie długo, a potem odsunęła się, wpuszczając mnie do środka. Paweł stał w kuchni, trzymając na rękach maleńką dziewczynkę.

– Mamo, to Zosia – powiedział cicho.

Podeszłam, patrząc na wnuczkę. Była taka malutka, bezbronna. Wtedy zrozumiałam, że przez własny egoizm mogłam stracić wszystko, co najważniejsze.

Nie wiem, czy kiedykolwiek naprawię to, co zepsułam. Ale wiem jedno – rodzina to nie tylko więzy krwi, to także akceptacja, zrozumienie i szacunek dla wyborów innych.

Czasem zastanawiam się, czy gdybym od początku dała Marcie szansę, wszystko potoczyłoby się inaczej. Czy naprawdę to ja zniszczyłam własną rodzinę? A może każdy z nas popełnia błędy, których nie da się już cofnąć?