Czy jestem winna rozpadu własnej rodziny? Historia matki, która nie potrafiła zaakceptować synowej

— Znowu ona? — wyszeptałam pod nosem, kiedy Nikola wszedł do salonu z Mariją. Był to ich pierwszy wspólny obiad u nas w domu na warszawskim Mokotowie. Stół był już nakryty, pachniało pieczonym schabem i świeżym chlebem, a mimo to w powietrzu wisiała jakaś dziwna, ciężka atmosfera. Mój mąż, Andrzej, spojrzał na mnie ostrzegawczo, ale nie mogłam powstrzymać się od komentarza. — Nikola, czy naprawdę musiałaś przyprowadzać ją dzisiaj? — zapytałam z udawaną uprzejmością, choć wszyscy wiedzieli, co naprawdę myślę.

Nikola spojrzał na mnie z wyrzutem. — Mamo, Marija jest moją narzeczoną. Chciałem, żebyście się lepiej poznali.

Marija uśmiechnęła się nieśmiało. Miała na sobie prostą sukienkę i delikatny makijaż. Była ładna, ale w jej oczach widziałam niepewność i coś jeszcze — jakby wiedziała, że nie jest tu mile widziana.

Od tamtego dnia wszystko zaczęło się psuć. Każdy rodzinny obiad zamieniał się w pole bitwy. Moja córka Kasia przewracała oczami na widok Mariji, a Andrzej coraz częściej wychodził na balkon zapalić papierosa. Ja zaś czułam się jak strażniczka rodzinnego ogniska — przekonana, że muszę chronić syna przed błędami młodości.

— Ona nie jest dla ciebie — powtarzałam Nikoli przy każdej okazji. — Nie zna naszych zwyczajów, nie rozumie naszej rodziny. Zobaczysz, jeszcze cię skrzywdzi.

Nikola milczał albo wychodził z pokoju trzaskając drzwiami. Z czasem zaczął coraz rzadziej przychodzić do domu. Kiedy dzwoniłam, odbierał krótko i zbywał mnie wymówkami o pracy. Czułam, jak tracę syna na własne życzenie.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Kasi z ojcem:

— Tata, mama przesadza. Nikola już prawie nie chce z nami rozmawiać przez tę całą sytuację z Mariją.
— Wiem, Kasiu — westchnął Andrzej. — Ale twoja mama zawsze była uparta.

Zrobiło mi się przykro. Czy naprawdę byłam taka okrutna? Przecież chciałam tylko dobrze! Marija wydawała mi się obca, inna — pochodziła z małego miasteczka pod Lublinem, jej rodzina była biedniejsza od naszej, a ona sama pracowała jako nauczycielka w przedszkolu. Bałam się, że Nikola zmarnuje swoje szanse na lepsze życie.

Ale może to ja byłam ślepa?

Pewnego dnia Nikola przyszedł sam. Był blady i wyraźnie zdenerwowany.

— Mamo, musimy porozmawiać.

Usiadłam naprzeciwko niego przy kuchennym stole. Czułam narastające napięcie.

— Co się stało?

— Nie mogę już tak żyć — powiedział cicho. — Kocham Mariję i chcę z nią być. Ale przez wasze zachowanie czuję się rozdarty. Albo zaakceptujecie ją jako część naszej rodziny, albo… — zawahał się — albo przestanę do was przychodzić.

Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa.

— Nikola… przecież jesteśmy twoją rodziną! — wykrztusiłam w końcu.

— Właśnie dlatego to tak boli — odpowiedział i wyszedł bez słowa pożegnania.

Przez kolejne tygodnie próbowałam przekonać siebie i resztę rodziny, że mam rację. Kasia stawała po stronie brata, Andrzej coraz częściej milczał podczas posiłków. W domu panowała cisza przerywana tylko dźwiękiem telewizora i stukotem talerzy.

W końcu doszło do tego, że Nikola przestał odbierać moje telefony. Nie pojawił się na święta Wielkanocne, nie przyszedł nawet na urodziny ojca. Kasia próbowała go odwiedzić, ale wróciła zapłakana.

— On już nas nie chce znać — powiedziała przez łzy.

Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że Nikola stoi po drugiej stronie drzwi i nie chce wejść do domu. Budziłam się zlana potem i płakałam w poduszkę.

Pewnego dnia spotkałam Mariję przypadkiem w sklepie spożywczym. Stała w kolejce do kasy z koszykiem pełnym zakupów. Zauważyła mnie i spuściła wzrok.

— Marija… — zaczęłam niepewnie.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

— Przepraszam za wszystko — powiedziałam cicho. — Chciałam tylko chronić mojego syna.

Marija uśmiechnęła się smutno.

— Rozumiem panią. Ale Nikola jest dorosły. Potrzebuje pani wsparcia, nie walki.

Te słowa utkwiły mi w głowie na długo. Przez kolejne dni analizowałam swoje zachowanie. Czy naprawdę byłam aż tak ślepa? Czy moja matczyna miłość zamieniła się w egoizm?

W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam Nikoli list:

„Synku,
Jeśli kiedykolwiek poczułeś się przez nas odrzucony lub niezrozumiany — przepraszam. Kocham cię i chcę być częścią twojego życia, niezależnie od tego, kogo wybierzesz na swoją żonę. Proszę, wybacz mi moje błędy. Mama”

Czekałam na odpowiedź kilka dni. W końcu zadzwonił telefon.

— Mamo… możemy spróbować jeszcze raz? Ale proszę cię, zaakceptuj Mariję taką, jaka jest.

Zgodziłam się bez wahania. Wiedziałam już, że nie mogę stracić syna przez własną dumę.

Dziś nasza rodzina powoli odbudowuje relacje. Nie jest łatwo — czasem jeszcze łapię się na krytycznych myślach wobec Mariji, ale staram się je tłumić i patrzeć na nią oczami Nikoli.

Często zastanawiam się: czy naprawdę można kochać dziecko tak bardzo, że aż je ranimy? Czy matczyna troska usprawiedliwia wszystko? Może czasem trzeba po prostu pozwolić dzieciom żyć własnym życiem… Co wy o tym sądzicie?