„Jak możesz ich teraz zostawić?” — usłyszałam od męża, kiedy sama ledwo stałam na nogach po latach opieki nad jego rodzicami
„Naprawdę? Teraz cię rozłożyło? Akurat teraz, kiedy mama ma gorsze wyniki?”
Tak powiedział do mnie mąż, kiedy siedziałam na podłodze w łazience i nie miałam siły wstać. Miałam gorączkę, kaszel, zawroty głowy i od dwóch dni ledwo funkcjonowałam. A pierwsze, co usłyszałam, to nie „jak się czujesz?”, tylko pretensja, że nie pojadę do jego rodziców.
Jestem pielęgniarką. Pracuję w przychodni i przez lata wszystkim się wydawało, że skoro „umiem”, to mogę jeszcze po pracy ogarniać teściów. Na początku to było naprawdę z potrzeby. Teść po udarze, potem problemy z chodzeniem. Teściowa cukrzyca, ciśnienie, później odleżyny. Mąż ma rodzeństwo, ale jedno w Warszawie, drugie „ma małe dzieci”, trzecie „nie umie przy takich rzeczach”. Więc oczywiście padło na mnie.
Najpierw podawałam leki i robiłam opatrunki. Potem doszło mycie, zmiana pościeli, zakupy z Biedronki, recepty, telefony do POZ, wożenie na badania, siedzenie na SOR-ze po kilka godzin. W końcu miałam drugi etat, tylko bez pensji i bez jednego słowa wdzięczności.
Najgorsze było to, że sama sobie na to pozwoliłam. Jak mąż mówił: „Kochanie, tylko ty potrafisz to zrobić spokojnie”, to jechałam. Jak teściowa dzwoniła o 21, że „cieknie z rany”, to jechałam. Jak w niedzielę miałam wolne, to i tak kończyłam u nich z mopem, bo „pielęgniarka pielęgniarką, ale kobieta też widzi, że brudno”. To zdanie usłyszałam raz od teściowej i do dziś mnie nosi.
Parę razy próbowałam rozmawiać.
Powiedziałam do męża: „To są też twoi rodzice. Ja mogę pomóc, ale nie mogę za was wszystkich żyć”.
A on: „Przesadzasz. Przecież nikt ci nie każe wszystkiego robić”.
Na co ja: „Tylko że jak nie zrobię, to nikt nie zrobi”.
Wzruszał ramionami. Albo mówił, że ma pracę i jest zmęczony. Jakby moja praca była hobby.
Rodzeństwo męża odzywało się głównie wtedy, kiedy trzeba było podjąć decyzję, ale fizycznie przyjechać już nie bardzo. Raz powiedziałam na rodzinnym obiedzie, że dobrze by było złożyć wniosek o opiekunkę z MOPS albo chociaż ustalić grafik, kto kiedy przyjeżdża. Zapadła cisza. Potem szwagierka powiedziała: „Ale przecież ty jesteś z zawodu, to dla ciebie łatwiejsze”.
Łatwiejsze. Jasne. Jakby to, że umiem założyć opatrunek, oznaczało, że nie jestem zmęczona, nie mam własnego życia i nie bolą mnie plecy.
Prawda jest też taka, że byłam uparta i chciałam wszystko zrobić dobrze. Poprawiałam po innych, nie odpuszczałam, nie umiałam powiedzieć „radźcie sobie”. Pewnie też przez to wszyscy przywykli, że jestem i ogarnę.
W końcu organizm mi siadł. Najpierw przemęczenie, potem problemy z ciśnieniem, bezsenność, a na koniec zapalenie płuc. Lekarka dała mi L4 i powiedziała wprost: „Albo pani zwolni, albo skończy pani jako pacjentka na oddziale”. Wracam do domu, mówię mężowi, że przez najbliższe tygodnie nie dam rady jeździć do jego rodziców.
I wtedy usłyszałam: „To co ja mam teraz zrobić?”.
Nie „co z tobą”, tylko „co ja mam zrobić”.
Powiedziałam: „Pojechać. Zadzwonić do rodzeństwa. Załatwić opiekę. Cokolwiek, tylko nie zrzucać tego znowu na mnie”.
A on: „Bez przesady, przecież nie jestem pielęgniarzem”.
Tak się we mnie zagotowało, że aż mnie zatkało.
Powiedziałam: „A ja jestem twoją żoną czy darmowym personelem medycznym dla całej rodziny?”.
On od razu: „Jak możesz tak mówić, chodzi o starych ludzi”.
Ja na to: „Od lat chodzi o starych ludzi. Nigdy nie chodzi o mnie”.
Jeszcze próbował obrócić to tak, że jestem bez serca, że jego matka się do mnie przyzwyczaiła, że „teraz ich zostawię”. Tylko ja nikogo nie zostawiałam. Ja po prostu pierwszy raz nie mogłam już dźwigać wszystkiego sama.
Najbardziej zabolało mnie to, że przez te wszystkie lata nawet nie zauważył, ile robię. Dla niego to było naturalne, że po dyżurze jadę do jego rodziców, potem wracam, piorę ubrania przesiąknięte środkami do dezynfekcji i jeszcze szykuję nam kolację. Jak raz nie pojechałam, to teściowa zadzwoniła i zamiast spytać, czy żyję, powiedziała tylko: „A opatrunek kto zrobi?”.
Po tej kłótni spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do siostry. Mąż myślał, że wrócę za dwa dni, jak ochłonę. Nie wróciłam. Przez pierwszy tydzień dzwonił głównie po to, żeby pytać, gdzie są dokumenty teścia, jaka maść była na odleżyny i o której bierze insulinę teściowa. I to mi chyba ostatecznie otworzyło oczy.
Potem była jeszcze jedna rozmowa, już spokojniejsza. Powiedziałam mu, że nie odchodzę dlatego, że jego rodzice są chorzy. Odchodzę dlatego, że przez lata byłam w tym małżeństwie potrzebna tylko wtedy, gdy coś trzeba było zrobić. On powiedział, że nie wiedział, że aż tak to we mnie siedzi. Tylko że ja mówiłam. Może nie zawsze wprost, może za długo gryzłam się w język, ale mówiłam.
Minęły trzy miesiące. Mieszkam osobno, dalej się leczę i pierwszy raz od dawna mam ciszę. Teściowie mają opiekę środowiskową kilka razy w tygodniu, rodzeństwo męża jakoś nagle nauczyło się przyjeżdżać, a mąż też zaczął ogarniać. Czyli jednak się dało, tylko wcześniej wszystkim było wygodnie, że robię to ja.
Nie uważam się za świętą, bo za długo brałam na siebie cudze obowiązki i liczyłam, że ktoś sam z siebie to doceni. Ale też nie uważam, że małżeństwo polega na tym, że jedna osoba poświęca zdrowie, a druga mówi, że „przesadza”. Dobrze zrobiłam, odchodząc, czy powinnam była jeszcze próbować to ratować? Ciekawa jestem, jak wy byście to ocenili.