Powiedziałam przy mamie, że mam już dość opieki nad tatą i wtedy usłyszałam coś, czego chyba najbardziej się bałam
„To skoro ci tak ciężko, to trzeba było powiedzieć wcześniej, a nie teraz robić z siebie ofiarę” – powiedział mój brat przy mamie, a ja normalnie zamarłam.
Siedzieliśmy u rodziców w bloku z wielkiej płyty, przy stole w kuchni, tym samym co zawsze. Tata po drugim udarze jest już w domu, ale wymaga praktycznie codziennej pomocy. Mama sama też nie daje rady, bo ma chore kolana i ledwo schodzi po schodach. Od prawie dwóch lat to ja ogarniam większość rzeczy: lekarzy, recepty, zakupy z Biedronki, aptekę, ZUS, papierologię o świadczenie pielęgnacyjne, rehabilitanta, czasem nocne telefony, bo tata spadł z łóżka albo mama panikuje.
I nie, nie mieszkam z nimi. Mam swoje mieszkanie na kredyt, pracę w biurze rachunkowym i nastoletnią córkę. Tylko że mieszkam 15 minut tramwajem, a mój brat wyprowadził się pod Poznań i bywa „jak może”, czyli najczęściej na święta albo jak trzeba coś ciężkiego wnieść.
Długo nic nie mówiłam. Sama tak ustawiłam sytuację. Na początku wszystkim, łącznie ze sobą, powtarzałam: „Dobra, ogarnę, przecież to rodzice”. Jak mama dzwoniła trzeci raz jednego dnia, odbierałam. Jak szef krzywo patrzył, że znowu wychodzę wcześniej, brałam laptop do domu i siedziałam po nocach. Jak córka mówiła: „Mamo, znowu jedziesz do dziadków?”, to odpowiadałam nerwowo, żeby nie przesadzała. Więc tak, sama też do tego doprowadziłam.
Ale we mnie to narastało. Najgorsze nie było nawet zmęczenie, tylko to, że wszyscy się przyzwyczaili. Jak coś było zrobione, to cisza. Jak raz nie odebrałam telefonu, to od razu pretensje. Mama: „Myślałam, że coś ci się stało, ale widzę, że po prostu byłaś zajęta”. Brat: „Daj znać konkretnie, czego trzeba, bo z daleka to ciężko się domyślić”. Tylko że ja już nie miałam siły nikomu rozpisywać zadań jak kierownik zmiany.
W końcu pękłam, bo w zeszłym tygodniu w pracy dostałam uwagę, że zawalam terminy. I słusznie, bo zawalałam. A dzień wcześniej córka się popłakała, bo zapomniałam, że miała występ w domu kultury. Stałam wtedy pod przychodnią, czekając z tatą do neurologa na NFZ, i patrzyłam na wiadomość od niej: „Spoko, przyzwyczaiłam się”. To mnie rozwaliło.
W niedzielę powiedziałam, że musimy porozmawiać. Bez awantury, tak planowałam. Powiedziałam: „Ja już nie daję rady tak tego ciągnąć sama. Musimy to podzielić albo zorganizować opiekę choć na kilka godzin w tygodniu”.
Mama od razu: „Obcą osobę mi do domu sprowadzisz? Jeszcze nas okradnie albo będzie po kątach gadać”.
Brat westchnął i mówi: „No dobra, ale czemu mówisz, że sama? Przecież ja przyjeżdżam”.
„Przyjeżdżasz raz na miesiąc” – odpowiedziałam.
„Bo pracuję. Mam firmę, dzieci, kredyt. Myślisz, że u mnie jest lekko?”
I wtedy ja już nie wytrzymałam. Powiedziałam coś, czego pewnie nie powinnam: „Ale jakoś dziwnie wyszło, że twoje życie jest nienaruszalne, a moje można rozwalać kawałek po kawałku”.
Mama się popłakała. Brat się wkurzył. I właśnie wtedy rzucił to o robieniu z siebie ofiary.
Najgorsze, że potem wyszły rzeczy, o których nie wiedziałam. Brat powiedział, że od pół roku przelewa mamie co miesiąc pieniądze, żebym nie musiała wszystkiego kupować z własnej kieszeni. Tylko mama mi tego nie mówiła, bo „nie chciała, żebym się poczuła gorsza”. Ja przez ten czas naprawdę dopłacałam do leków, pampersów, taksówek na badania i nawet nie liczyłam. Jak to usłyszałam, to zrobiło mi się głupio i jeszcze bardziej przykro. Bo z jednej strony brat jednak pomagał, tylko inaczej. A z drugiej strony nikt nawet nie pomyślał, żeby mi powiedzieć, że nie muszę wszystkiego brać na siebie.
Powiedziałam mamie: „To czemu nic nie mówiłaś?”
A ona: „Bo ty zawsze taka zaradna jesteś. Jak zaczynałam temat, to mówiłaś: dam radę, mamo”.
I to też była prawda. Ja naprawdę przez długi czas wolałam udawać, że ogarniam, niż przyznać, że ledwo stoję. Chyba bałam się, że jak powiem wprost, to usłyszę, że przesadzam albo że jako córka po prostu powinnam. No i trochę usłyszałam.
Skończyło się tak, że pokłóciliśmy się wszyscy. Brat powiedział, że może zabierać tatę do siebie na jeden weekend w miesiącu, ale mama nie chce, bo tata źle znosi zmianę miejsca. Ja zaproponowałam opiekunkę z MOPS-u chociaż na parę godzin, ale mama kręci nosem. Padło też, że skoro jestem najbliżej, to „naturalne”, że więcej robię. I chyba to słowo zabolało mnie najbardziej. Naturalne dla kogo?
Od tej rozmowy minęły trzy dni. Z bratem mam kontakt chłodny. Mama dzwoni normalnie, jakby nic się nie stało, pytając czy wykupiłam receptę i czy wpadnę jutro po pracy. A ja pierwszy raz powiedziałam: „Nie dam rady jutro”. I potem pół wieczoru siedziałam z poczuciem winy.
Wiem, że oni też nie są potworami. Mama się boi obcych i starości, brat pewnie naprawdę uważa, że pomaga, ile może. Ale ja też nie jestem ze stali, tylko za długo grałam twardą i teraz wszyscy są zdziwieni, że mam żal. Sama nie wiem, czy lepiej było dalej trzymać spokój i zaciskać zęby, czy powiedzieć to brzydko i rozwalić ten pozorny układ. Jak wy byście to widzieli na moim miejscu?