Ojciec wyrzucił mnie i mojego synka z mieszkania. Najgorsze było to, że długo sama go usprawiedliwiałam
„Wynoś się. I jego też zabieraj, bo już mam dosyć tego darcia mordy i biegania po mieszkaniu” — usłyszałam od własnego ojca, kiedy mój trzyletni syn stał przy mnie w piżamie i ściskał swojego zielonego dinozaura tak mocno, że aż mu zbielały palce.
Ojciec chwiał się lekko, ale jeszcze mówił wyraźnie. To był ten etap, kiedy niby nie był „aż tak pijany”, więc później mógł wmawiać wszystkim, że przecież normalnie rozmawiał. Stałam w przedpokoju i przez chwilę naprawdę myślałam, że on blefuje. Że zaraz trzaśnie drzwiami od kuchni, odpali telewizor i zacznie swoje obrażone milczenie.
Ale nie. Podszedł do wieszaka, rzucił moją kurtkę na podłogę i powiedział:
„Ile można? Cały dzień tylko dzieciak, dzieciak, dzieciak. A ojca to już nie widzisz?”
To było chyba najgorsze. Nie sam krzyk. Nie to, że żądał ode mnie pieniędzy, choć sam przepijał pół renty po mamie. Najgorsza była ta chora zazdrość o własnego wnuka.
Miałam wtedy trzydzieści dwa lata, byłam po rozstaniu z ojcem mojego syna i wróciłam do mieszkania po babci, które formalnie należało do mojego ojca, bo wszystko po śmierci mamy przepisano na niego. To miał być „chwilowy ratunek”. Tak wszyscy mówili. Że przecież to mój ojciec, że pomoże, że z dzieckiem będzie mi łatwiej, że nie mam co pakować się od razu w wynajem przy tych cenach i tej chorej inflacji.
Sama też chciałam w to wierzyć. Bo kto nie chciałby mieć ojca, który po prostu jest? Nawet jeśli całe życie był trudny.
Na początku było nawet znośnie. Mały chodził do przedszkola, ja pracowałam zdalnie na umowie zlecenie dla małej firmy księgowej. Szału nie było, ale na jedzenie, rachunki i przedszkole starczało. Ojciec potrafił rano przynieść bułki i powiedzieć do wnuka: „No, królu, jedz, żebyś był silny”. A po południu otwierał drugie piwo i robił się innym człowiekiem.
Najpierw były docinki.
„Ciekawe, za co ty żyjesz.”
„Na dziecko to masz, a ojcu na leki już nie.”
„Dawaj dwie stówy, oddam w przyszłym tygodniu.”
Nigdy nie oddawał.
Raz dałam, drugi raz dałam, trzeci też. Trochę z litości, trochę ze strachu, a trochę z poczucia, że przecież mieszkam u niego, więc powinnam „dokładać się bardziej”. Tylko że to nigdy nie było na rachunki. Zawsze „na teraz”, „na chwilę”, „bo mu się należy”.
Kiedy odmawiałam, chodził po mieszkaniu i walił szafkami.
„Niewdzięczna jesteś po prostu. Matka by się za ciebie wstydziła.”
Po tych słowach zawsze czułam się jak mała dziewczynka. Mam trzydzieści dwa lata, dziecko, robotę, ogarniam wszystko sama, a jedno jego zdanie rozwalało mnie od środka.
I tu nie będę udawać świętej. Ja też to ciągnęłam za długo. Zamiatałam pod dywan. Przed sąsiadką z dołu mówiłam, że tata ma gorszy dzień. Przed ciotką, że „trochę popija, ale kto dziś nie ma problemów”. Nawet przed sobą kombinowałam, że może przesadzam, bo jestem zmęczona.
Najbardziej wstyd mi za jeden wieczór.
Mój syn jadł kolację, a ojciec siedział naprzeciwko i już był po wódce. Patrzył, jak mały bawi się łyżeczką, i nagle mówi do mnie:
„Ty go bardziej kochasz niż mnie. Wszystko dla niego. Dla mnie to nawet herbaty nie zrobiłaś.”
Myślałam, że żartuje. Naprawdę. Ale on miał taką twarz, że od razu poczułam zimno.
„Tato, to jest dziecko” — powiedziałam cicho.
A on odsunął talerz tak mocno, że zupa chlapnęła na obrus.
„To ja już dla ciebie nikim nie jestem.”
Mój syn zaczął płakać. A ja zamiast wtedy spakować nas i wyjść, uspokajałam obu. Dziecko przytulałam, ojcu robiłam herbatę, żeby już się nie nakręcał. Do dziś nie mogę sobie tego darować.
Potem było coraz gorzej. Potrafił wejść do mojego pokoju bez pukania i pytać, ile zarobiłam. Sprawdzał, co kupiłam. Mówił, że skoro mieszkam „na jego”, to on ma prawo wiedzieć wszystko. Raz wyciągnął mi z portfela dwieście złotych i nawet się z tym specjalnie nie krył.
„Pożyczyłem. Oddam.”
Nie oddał.
Przełom przyszedł przez głupią zabawkę. Mały dostał od mojej przyjaciółki samochód na pilota. Cieszył się cały dzień. Wieczorem ojciec zażądał ode mnie trzystu złotych, bo „nie ma na życie”. Powiedziałam, że nie mam, bo opłaciłam przedszkole, ratę za telefon i zrobiłam zakupy. Wtedy spojrzał na ten samochodzik i prychnął:
„Na pierdoły dla dzieciaka masz, a dla ojca nie?”
Coś we mnie pękło.
Powiedziałam, że nie dam mu już ani złotówki, dopóki nie przestanie pić. Że mały się go boi. Że ja też już żyję w napięciu i nie wiem, w jakim humorze wróci do domu.
Zamilkł na kilka sekund. A potem wybuchł.
„To wypier… stąd! Jak ci źle, to droga wolna!”
Syn schował się za moją nogą. Ja miałam serce w gardle. Ojciec zaczął otwierać szafę w przedpokoju i wyrzucać nasze rzeczy. Plecak małego, moją kurtkę, reklamówkę z butami. Krzyczał, że zrobiłam z niego potwora, że wszyscy tylko dziecko, a on został sam jak pies.
I wiecie co? Ja w tamtej chwili widziałam, że on naprawdę cierpi. Tylko że to już niczego nie zmieniało. Bo mój syn trząsł się ze strachu.
Zadzwoniłam do przyjaciółki, Magdy. Przyjechała po nas po dwudziestu minutach. Siedziałyśmy potem u niej w kuchni, a ja patrzyłam na dwie torby i na śpiącego małego na kanapie. I pierwszy raz od dawna poczułam ulgę. Nie smutek. Ulgę. Że nie słyszę kroków na korytarzu. Że nikt nie otwiera lodówki z hukiem. Że nie muszę zgadywać, czy dziś będzie awantura.
Potem wynajęłam małe dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach miasta. Czynsz mnie dobija, co miesiąc liczę wszystko trzy razy, czasem odmawiam sobie byle czego, żeby mały miał spokój i zajęcia w przedszkolu. Ale przynajmniej śpimy normalnie.
Ojciec dzwonił jeszcze kilka razy. Raz płakał, raz wyzywał, raz mówił, że beze mnie nie ma po co żyć, a raz że jestem niewdzięczną córką. Nie odbieram. Przelał granicę, której już nie cofnę.
Najbardziej boli mnie to, że długo myliłam litość z miłością i lojalność z obowiązkiem. I że moje dziecko musiało choć przez chwilę żyć w czymś takim.
Czy powinnam była odciąć go wcześniej, nawet jeśli to był mój ojciec? A może ktoś powie, że zostawiłam chorego człowieka samego, kiedy najbardziej się rozsypywał?