„To nie jest żaden obcy do domu” — usłyszałam od syna, kiedy powiedziałam, że dłużej sama nie dam rady przy mężu z demencją
„Mamo, chyba cię pogięło. Będziesz obcym ludziom płacić za siedzenie z ojcem, a potem co? Mieszkanie sprzedasz?”
Tak mi powiedział syn, kiedy w końcu oznajmiłam, że chcę zatrudnić opiekunkę choćby na kilka godzin dziennie. Nie zaczęło się więc od żadnej spokojnej rozmowy, tylko od awantury w mojej kuchni, przy herbacie, której nawet nie wypił.
Mój mąż ma demencję. Diagnoza padła prawie dwa lata temu, ale tak naprawdę wszystko zaczęło się wcześniej. Najpierw gubił klucze, potem mylił dni, później wrócił raz z osiedlowego sklepu i zapytał, gdzie jest jego matka, która nie żyje od ponad trzydziestu lat. Wtedy jeszcze tłumaczyłam to stresem, wiekiem, wszystkim po kolei, byle nie przyjąć do wiadomości, co się dzieje.
Na początku dawałam radę. Naprawdę. Pilnowałam leków, gotowałam, chodziłam z nim do poradni, do neurologa, załatwiałam recepty, badania, wszystko. Syn mówił wtedy: „Dobrze, że jesteś, bo obcy by tego nie ogarnęli”. Brzmiało to jak wsparcie, więc nawet nie zauważyłam, kiedy stało się obowiązkiem tylko po mojej stronie.
Z czasem było coraz gorzej. Mąż potrafił wstać o trzeciej nad ranem, ubrać się i mówić, że idzie do pracy, chociaż od dawna jest na emeryturze. Raz odkręcił gaz i poszedł do pokoju. Innym razem wyszedł na klatkę schodową w kapciach. Przestałam spać normalnie. Jadłam byle co. Zaczęłam mieć zawroty głowy. Lekarka rodzinna powiedziała mi wprost: „Pani też jest pacjentką, nie tylko mąż”.
Powiedziałam o tym synowi. Myślałam, że usłyszę: „Dobra, mamo, poszukamy rozwiązania”. Ale on od razu wszedł w pieniądze.
„Ile to ma kosztować?”
„Na początek kilka godzin dziennie, żebym mogła wyjść, odespać, zrobić zakupy, załatwić lekarza.”
„Czyli kilkaset tygodniowo. A potem coraz więcej. Wiesz, jak to się skończy? Wszystko pójdzie na opiekę.”
Zatkało mnie. Powiedziałam: „Jakie wszystko? To są nasze pieniądze, na nasze życie”.
On wtedy: „No niby tak, ale trzeba myśleć rozsądnie. Ojcu już nie pomożesz, a ty jeszcze możesz to jakoś ogarnąć sama”.
To „ogarnąć sama” siedzi mi w głowie do dziś.
Żeby było uczciwie, syn nie jest jakimś potworem. Ma swoje życie, kredyt, dwójkę dzieci, żona pracuje na zmiany. Pomagał czasem zawieźć ojca do lekarza, przyjechał kilka razy, kiedy mąż był szczególnie pobudzony. Tylko że to były pojedyncze akcje. Cała codzienność spadła na mnie. A codzienność przy demencji to nie jest tylko podanie obiadu. To pilnowanie, tłumaczenie po sto razy tego samego, mycie, przebieranie, sprzątanie po nim, czuwanie, żeby sobie nic nie zrobił i żeby mnie przy tym nie odepchnął, bo czasem już nie rozumie, kim jestem.
Najgorsze było trzy tygodnie temu. Mąż nie poznał mnie wieczorem. Stał w przedpokoju i krzyczał, żebym wyszła z jego mieszkania. Próbowałam go uspokoić, a on mnie odepchnął tak, że uderzyłam biodrem o komodę. Nic wielkiego się nie stało, siniak, ale wtedy usiadłam na podłodze i po prostu zaczęłam ryczeć. Nie z bólu. Ze zmęczenia.
Następnego dnia zadzwoniłam do syna i powiedziałam, że już naprawdę nie daję rady. Przyjechał, ale zamiast zapytać, co się stało, od razu obejrzał papiery, które leżały na stole. Bo wcześniej sprawdzałam prywatne usługi opiekuńcze i cenniki z ośrodka pomocy społecznej.
„Ty już dzwoniłaś po ludziach?”
„Tak, bo ktoś musi mi pomóc.”
„Mamo, a konsultowałaś to ze mną?”
„Przepraszam bardzo, ale czy ja mam prosić własnego syna o zgodę, żeby się przespać?”
I wtedy wyszło coś, czego wcześniej nie powiedział wprost. Powiedział, że jeśli zaczniemy wydawać oszczędności na opiekę, to „za chwilę nie zostanie nic”, a przecież mieszkanie też kiedyś będzie „do podziału”. Jak to usłyszałam, zrobiło mi się zwyczajnie niedobrze.
Tylko że ja też nie byłam wobec niego do końca fair. Bo przez długi czas sama go utwierdzałam, że „damy radę”, że „nie jest jeszcze tak źle”, że „po co obcych ludzi wpuszczać do domu”. Mąż zresztą też kiedyś powtarzał, że żadnych opiekunek, żadnych domów, bo sobie nie życzy. Ja się tego trzymałam za długo, chyba z uporu i ze wstydu, że nie ogarniam. Syn widział mnie przez ten filtr: matki, która zawsze wszystko załatwi.
Ale człowiek ma swoje granice. Ja swoją przekroczyłam.
Poszłam do MOPS-u, potem do lekarza, załatwiłam dokumenty, złożyłam wniosek o usługi opiekuńcze i równolegle znalazłam prywatnie panią, która ma doświadczenie z osobami starszymi. Przychodzi na razie cztery razy w tygodniu po kilka godzin. W tym czasie robię zakupy, idę do apteki, czasem po prostu śpię. Pierwszy raz od miesięcy przespałam dwie godziny w dzień i nie obudził mnie strach, że mąż odkręca wodę albo wychodzi z domu.
Syn się obraził. Powiedział, że podejmuję decyzje emocjonalnie i że „wszyscy teraz naciągają starszych ludzi”. Odpowiedziałam mu spokojnie, chociaż wszystko się we mnie gotowało: „To nie jest inwestycja przeciwko tobie. To jest opieka nad twoim ojcem i ratowanie mojego zdrowia”.
Od tygodnia się prawie nie odzywa. Wysłał tylko wiadomość, że mam uważać, komu daję klucze i dostęp do dokumentów. Może i ma trochę racji, bo trzeba uważać. Ale pierwszy raz od dawna czuję, że zrobiłam coś nie po to, żeby wszystkich zadowolić, tylko żeby w ogóle przetrwać.
Męża nie „oddaję”. Nie pozbywam się problemu. Nadal jestem przy nim codziennie i to ja dźwigam większość. Tyle że już wiem, że jeśli ja się rozsypię, to nikt na tym nie wygra. Ani on, ani ja.
Może syn patrzy na to przez własny lęk o przyszłość, kredyt i dzieci. Może ja za długo udawałam, że mam siłę większą, niż mam naprawdę. Ale nie zgodzę się już na myślenie, że oszczędności są ważniejsze niż godna opieka i moje zdrowie. Ciekawa jestem, jak wy byście to widzieli na moim miejscu, bo sama już nie wiem, czy dało się to rozegrać inaczej.