„Jak możesz teraz odejść?” — usłyszałam to od mamy i wtedy pierwszy raz powiedziałam na głos, że już nie daję rady
„Czyli co, zostawisz mnie teraz samą?” — to było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam od mamy, kiedy powiedziałam, że od przyszłego miesiąca nie będę już przyjeżdżać do niej codziennie po pracy.
Powiedziałam to po awanturze o zupę. Naprawdę. Wracam z roboty, 17:40, jeszcze po drodze Biedronka, apteka i paczkomat, bo mama zamówiła ciśnieniomierz, ale „nie umiała odebrać kodu”. Wchodzę, a ona od progu: „To zimne? Nawet zupy nie potrafisz normalnie przywieźć?”. I we mnie coś puściło. Nie krzyk, bardziej taki pusty środek. Usiadłam w przedpokoju na taborecie i się rozpłakałam.
Mama od dwóch lat ma problemy zdrowotne. Nie leży, nie jest osobą całkowicie niesamodzielną, ale po operacji i potem po kolejnych komplikacjach bardzo się wycofała. Do tego lęk, słaby sen, ciągłe dzwonienie, że serce, że ciśnienie, że chyba znowu coś się dzieje. Na początku to było oczywiste, że pomagam. Mieszkamy w tym samym mieście, mam elastyczną pracę zdalną w biurze rachunkowym, więc „komu ma być łatwiej, jak nie tobie” — to był tekst, który słyszałam od rodziny regularnie.
I prawda jest taka, że sama też to nakręciłam. Na początku przejęłam wszystko, bo myślałam, że tak będzie szybciej i spokojniej. Wizyty na NFZ i prywatne, recepty, zakupy, obiady, telefony do przychodni, ZUS, nawet rachunki za mieszkanie ogarniałam ja, bo mama twierdziła, że „już nic nie rozumie”. Jak próbowałam jej coś tłumaczyć, mówiła: „Daj spokój, ty to załatwisz lepiej”. A mnie, nie będę ściemniać, trochę karmiło to poczucie, że jestem potrzebna.
Tylko że po paru miesiącach nie miałam już swojego życia. Budziłam się i pierwsze patrzenie w telefon, czy nie ma nieodebranego połączenia. Jak byłam na Teamsach, to pod stołem odpisywałam: „Tak, kupię chleb”, „Tak, zadzwonię do poradni”, „Nie, to pewnie nic groźnego, zmierz jeszcze raz”. Zaczęłam zawalać robotę. Szefowa dwa razy zwróciła mi uwagę, że jestem nieobecna. Znajomi przestali dzwonić, bo i tak ciągle odwoływałam. Schudłam, przestałam spać, byłam cały czas spięta.
I teraz najgorsze: ja tego nikomu jasno nie powiedziałam. Zamiast usiąść i ustalić jakieś granice, robiłam dobrą minę, a potem wybuchałam o pierdoły. Bywałam niemiła. Czasem specjalnie nie odbierałam telefonu przez godzinę, żeby mieć święty spokój, a potem oddzwaniałam z pretensją. Raz skłamałam, że mam spotkanie służbowe, chociaż siedziałam w samochodzie na parkingu pod Lidlem i po prostu nie miałam siły wejść. Więc nie jest tak, że jestem tu kryształowa.
Druga strona też nie jest taka prosta, jak niektórzy w rodzinie mówią. Bo mama naprawdę się boi. Tylko ten strach zaczął sterować wszystkim. Jak byłam u niej, było: „Posiedź jeszcze chwilę”. Jak wychodziłam: „A jak mi się coś stanie?”. Jak nie odbierałam: 7 połączeń i telefon do mojego brata, że chyba coś mi się stało. Brat mieszka 200 km dalej, ma swoją rodzinę i pomoc z jego strony wyglądała głównie tak, że mówił: „Trzymaj się” albo „Musisz być cierpliwa, to mama”. Raz przyjechał na weekend i po dwóch dniach stwierdził, że „faktycznie jest ciężko”, ale potem wrócił do siebie i temat się rozmył.
Punktem zwrotnym nie była nawet ta zupa, tylko to, co usłyszałam potem. Powiedziałam mamie: „Ja już nie mam siły. Chcę przyjeżdżać trzy razy w tygodniu, a nie codziennie. Musimy ogarnąć kogoś do pomocy albo inaczej to podzielić”. A ona na to: „Czyli jestem dla ciebie ciężarem”. I odruchowo powiedziałam: „Czasami tak się czuję”. Do dziś mam to w głowie.
Ona się rozpłakała. Ja też. Potem wyciągnęła rzeczy, których się nie spodziewałam. Że odkąd zachorowała, czuje się upokorzona, bo kiedyś wszystko załatwiała sama. Że jak przejęłam jej sprawy, to z jednej strony jej ulżyło, ale z drugiej poczuła się jak dziecko. Że moje poprawianie jej, pośpiech i teksty typu „mamo, przecież to proste” sprawiały, że jeszcze bardziej się wycofywała. I zabolało mnie to, bo to była prawda. Ja pomagałam, ale często w tonie kierowniczki projektu, nie córki.
Tylko że to też nie zmienia faktu, że byłam na skraju. Miałam taki moment, że siedziałam wieczorem pod prysznicem i myślałam tylko o tym, żeby nikt nic ode mnie nie chciał choćby przez jeden dzień. Poszłam do lekarza rodzinnego, potem do psychiatry prywatnie, bo na NFZ terminy były odległe, i usłyszałam wprost, że jestem przeciążona i mam objawy wypalenia. Dostałam leki na sen i zalecenie, żeby ograniczyć obciążenie, bo inaczej sama się posypię.
Pokazałam to bratu. Wtedy dopiero ruszył temat konkretów. Ustaliliśmy, że on będzie ogarniał wszystkie formalności i zakupy online, a do mamy dwa razy w tygodniu przychodzi opiekunka z MOPS-u na kilka godzin. Ja nadal jeżdżę, ale rzadziej. Mama jest o to chłodna. Nie robi awantur, ale co jakiś czas rzuci: „Kiedyś byłaś częściej”. A ja za każdym razem mam wyrzuty sumienia, choć od kiedy trochę odpuściłam, pierwszy raz od dawna przespałam całą noc i nie płakałam z byle powodu.
Najtrudniejsze jest to, że nie czuję ulgi w czystej postaci. Bardziej coś pomiędzy ulgą a poczuciem winy. Wiem, że nie mogłam tak dalej funkcjonować, ale wiem też, że mama nie udawała i że część jej bezradności sama niechcący pogłębiłam.
I teraz serio się zastanawiam: w którym momencie pomaganie bliskiej osobie przestaje być wsparciem, a zaczyna być powolnym niszczeniem samego siebie? Jak wy byście to ocenili na moim miejscu?