Postawiłam mężowi ultimatum: albo jego brat wyprowadzi się z naszego M-3, albo składam pozew
– Ty jesteś nienormalna, Kasia? Chcesz wyrzucić Pawła na bruk? – wydarła się teściowa przez telefon tak głośno, że aż odsunęłam komórkę od ucha.
Stałam wtedy w naszej mikroskopijnej kuchni, między zlewem pełnym jego naczyń a suszarką z naszym praniem. Marek siedział w salonie na kanapie i udawał, że nie słyszy. Paweł leżał obok, w samych skarpetkach, z pilotem w ręce, i nawet nie raczył ściszyć telewizora.
I chyba właśnie wtedy coś we mnie pękło.
Mieszkamy z Markiem w dwupokojowym mieszkaniu w bloku na kredyt. Żadnych luksusów. Rata rośnie, czynsz rośnie, zakupy rosną, tylko wypłata jakoś nie chce. Ja pracuję w biurze rachunkowym, Marek jest magazynierem. Żyjemy normalnie, od pierwszego do pierwszego, czasem z lekką zadyszką. Ale to było nasze. Małe, ciasne, ale nasze.
Paweł miał wprowadzić się „na dwa tygodnie”. Pokłócił się z właścicielem wynajmowanego pokoju, stracił robotę na budowie i „potrzebował stanąć na nogi”. Tak przynajmniej powiedziała teściowa.
– To tylko rodzina, Kasia. Dzisiaj ty pomożesz, jutro tobie ktoś pomoże – mówiła tonem, jakbym była jakąś zimną suką bez serca.
Zgodziłam się. I to był mój błąd. Bo ja od początku czułam, że to się źle skończy, tylko nie chciałam wyjść na tę złą. Wiecie, jak to jest. Żeby potem na imieninach nie było gadania, że żona Marka rozbija rodzinę.
Minęły dwa tygodnie. Potem miesiąc. Potem trzy.
Paweł nie znalazł pracy. A właściwie chyba nawet porządnie nie szukał. Spał do jedenastej, potem siedział z telefonem, wychodził „na miasto”, wracał wieczorem i pytał, co jest do jedzenia. Nie dokładał się do rachunków. Nie kupował nawet papieru toaletowego. Zostawiał brudne kubki na parapecie, mokry ręcznik na drzwiach, pety w słoiku na balkonie, chociaż prosiłam, żeby tam nie palił, bo dym leciał sąsiadce piętro wyżej.
Najgorsze było to, że przestałam się czuć u siebie. Wstawałam rano do pracy i widziałam obcego faceta rozwalonego na naszej kanapie pod moim kocem. Wracałam zmęczona, a on pytał:
– Kasia, zrobisz herbatę?
Jakbyśmy byli w jakimś chorym kabarecie.
Marek? Marek ciągle mówił to samo:
– Jeszcze chwila.
– Pogadam z nim.
– Wiesz, jaki on jest.
Tak, wiedziałam. Tylko dlaczego ja miałam za to płacić swoim spokojem?
Z Markiem zaczęliśmy się żreć o wszystko. O pranie. O miejsce w lodówce. O to, że nie mogłam wieczorem usiąść w piżamie w salonie, bo tam ciągle był Paweł. Nawet jak chciałam zadzwonić do mamy i się wygadać, to wychodziłam do łazienki, bo w domu nie było już kawałka prywatności.
Któregoś wieczoru wróciłam wcześniej z pracy, bo bolała mnie głowa. Otworzyłam drzwi i usłyszałam śmiechy z sypialni. Serce mi stanęło. Weszłam i zobaczyłam Pawła siedzącego na naszym łóżku z jakąś dziewczyną. W mojej narzucie. Ona miała moje kapcie na nogach.
Do dziś mnie trzepie, jak o tym myślę.
– Co wy tu robicie? – zapytałam, ale tak cicho, że sama siebie ledwo słyszałam.
Paweł nawet się nie speszył.
– A co, salon zajęty był. Nie przesadzaj.
Nie przesadzaj.
Wzięłam te kapcie i rzuciłam nimi o ścianę. Dziewczyna wybiegła, a Paweł zaczął coś burczeć, że robię sceny. Marek wrócił godzinę później i zamiast raz porządnie walnąć pięścią w stół, to tylko powiedział:
– Paweł, no bez jaj…
Ja wtedy popatrzyłam na niego i naprawdę pierwszy raz pomyślałam o rozwodzie.
Nie powiedziałam tego od razu. Chodziłam z tym dwa dni. Milczałam, bo byłam tak wściekła, że bałam się własnych słów. A potem przyszła sobota. Teściowa wpadła bez zapowiedzi z rosołem i pretensjami.
– Paweł jest w dołku, trzeba mu pomóc. Marek, ty jesteś bratem czy kim?
– A ja kim jestem? – wypaliłam. – Pokojówką? Sponsorką? Intruzem we własnym domu?
Spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczyła, że umiem mówić.
– Przesadzasz. Rodziny się nie wyrzuca.
– To może pani go weźmie do siebie.
Cisza była taka, że aż lodówka zabrzęczała głośniej.
Teściowa zacisnęła usta.
– U mnie ojciec po udarze, ja nie mam warunków.
I właśnie to mnie dobiło. Bo nagle się okazało, że ona nie ma warunków, ale ja mam? W 46 metrach, z kredytem, pracą, stresem i małżeństwem, które się sypie?
Spojrzałam na Marka.
Siedział z opuszczoną głową. Jak zwykle między mną a matką. Jak zwykle cicho.
– Albo Paweł wyprowadza się do końca tygodnia, albo ja się wyprowadzam i składam pozew – powiedziałam.
Ręce mi się trzęsły, ale głos miałam spokojny. Chyba aż za spokojny.
Marek podniósł na mnie wzrok, jakby dopiero teraz zrozumiał, że to nie jest kolejna kłótnia o kubki w zlewie. Teściowa zaczęła coś mówić, że go szantażuję, że jestem egoistką, że małżeństwo to poświęcenie. A ja już nic nie odpowiedziałam. Poszłam do sypialni i zaczęłam pakować torbę. Tak na serio. Nie na pokaz.
I wtedy Marek wszedł do salonu.
– Paweł, masz trzy dni. Koniec. Albo sam znajdziesz gdzieś pokój, albo zawiozę cię do matki.
Pierwszy raz powiedział to twardo. Bez „może”, bez „jakoś”.
Paweł się zerwał.
– Czyli co, baba ci kazała i skaczesz?
– Nie. Po prostu za długo udawałem, że nic się nie dzieje – odpowiedział Marek.
Teściowa rozpłakała się ostentacyjnie. Paweł trzasnął drzwiami balkonu. Ja stałam za ścianą i też płakałam, tylko po cichu. Bo ulga mieszała mi się z poczuciem winy. Bo może za długo milczałam. A może za szybko wyciągnęłam słowo „rozwód”. Sama już nie wiem.
Paweł wyprowadził się po czterech dniach, nie po trzech. Ostatniego wieczoru rzucił jeszcze do mnie, że rozwaliłam rodzinę. Teściowa do dziś odzywa się do mnie chłodno, a Marek niby stanął po mojej stronie, ale między nami coś jednak pękło. Jakbyśmy oboje zobaczyli, do czego doprowadziło nasze unikanie prawdy.
Mieszkamy dalej razem. Jest ciszej. Czy lepiej? Nie zawsze umiem odpowiedzieć.
Powiedzcie sami, naprawdę miałam dalej to znosić? I czy większą winę ma ten, kto stawia granice, czy ten, kto za długo udaje, że problem sam się rozwiąże?