Oddałam wnukowi pieniądze na prezent, a potem wyszło, że mój syn zabrał część i jeszcze pozwala, żeby jego żona niszczyła dziecko. Nie wiem, czy mam dalej milczeć
„Mamo, po co znowu robisz zamieszanie o głupie pieniądze?” – to usłyszałam od syna przez telefon, kiedy zapytałam, dlaczego z koperty dla wnuka zniknęła część pieniędzy.
Do dziś mnie to trzyma, bo zaczęło się niby od drobiazgu, a wyszło coś dużo gorszego.
Mój syn po rozwodzie z matką swojego syna ułożył sobie życie na nowo. Ożenił się drugi raz. Na początku bardzo się pilnowałam, żeby nie być tą „wtrącającą się teściową”. U nas w rodzinie i tak było już sporo napięć po rozwodzie, kontakty z wnukiem były trochę ustalane, trochę wywalczane, trochę zależały od grafiku i humorów dorosłych. Starałam się nie dolewać oliwy do ognia.
Na komunię wnuka dałam do koperty 1000 zł, bo odkładałam na to kilka miesięcy z emerytury. Chciałam, żeby miał na rower albo komputer, bo od dawna o tym mówił. Powiedziałam wyraźnie przy synu: „To jest dla ciebie, od babci, odłóż sobie na coś porządnego”. Wnuk się ucieszył, przytulił mnie i temat się skończył.
Dwa miesiące później był u mnie na weekend i przy obiedzie powiedział: „Babciu, uzbierałem już prawie połowę na ten rower, jeszcze mi brakuje”. Zdziwiłam się i mówię: „Jak to połowę? Przecież dostałeś ode mnie tysiąc”. On wtedy zamilkł, popatrzył na mnie i powiedział cicho: „Tata powiedział, że musiał zabrać trochę, bo były opłaty i że i tak mam się cieszyć, że coś dostałem”.
Mnie aż zamurowało. Najpierw próbowałam to sobie jakoś tłumaczyć, że może chwilowo pożyczył, może odda. Zadzwoniłam do syna spokojnie, naprawdę spokojnie. A on od razu ofensywnie: „Mamo, nie będziesz mi liczyć pieniędzy w moim domu”. Powiedziałam, że to nie były pieniądze dla niego, tylko dla dziecka. A on: „Wszystko idzie na dom, na dziecko też. Nie rozumiesz, ile teraz wszystko kosztuje”.
I tu jest problem, bo ja trochę rozumiem. Sama nie jestem święta. Kilka razy wcześniej pożyczałam mu po kilkaset złotych, bo rata, bo samochód, bo przedszkole młodszego dziecka jego żony, bo coś się posypało. Nigdy nie naciskałam na oddanie. Może sama go przyzwyczaiłam, że jakoś się wszystko rozmyje.
Ale potem zaczęłam bardziej patrzeć i słuchać. I już nie chodziło tylko o pieniądze.
Jego obecna żona przy mnie była poprawna, czasem aż za bardzo słodka, ale do chłopca mówiła w taki sposób, że mnie skręcało. Nie krzyczała, nie wyzywała go wprost, tylko takie teksty: „No tak, po tobie niczego więcej się nie spodziewałam”, „Nie rób z siebie ofiary”, „Jak przyjeżdżasz od swojej mamy, to od razu jesteś rozpuszczony”, „U nas są zasady, a nie wieczne fochy”. Niby nic jednego strasznego, ale cały czas docinki, podważanie, zawstydzanie.
Raz byłam u nich na kawie i wnuk rozlał sok. Dziecko jak dziecko. A ona od razu: „Oczywiście. Zawsze jak jesteś, jest problem. Naprawdę nie da się ciebie normalnie zabrać do ludzi”. Chłopak momentalnie zamilkł i zaczął wycierać stół rękawem. Mój syn siedział obok i tylko powiedział: „No, uważaj następnym razem”.
Po wyjściu powiedziałam synowi: „Słyszysz, jak ona się do niego odzywa?” A on: „Mamo, przesadzasz. Ktoś w końcu musi go wychowywać, bo u swojej matki ma luz”.
Z czasem wnuk coraz rzadziej chciał do mnie przyjeżdżać, co mnie bolało. Myślałam, że może dorasta, ma swoje sprawy. Dopiero później powiedział mi w kuchni, jak byliśmy sami: „Babciu, ja chcę, ale potem jest awantura”. Zapytałam jaka. Powiedział: „Że wracam od ciebie dziwny, że jestem przeciwko rodzinie, że wszystko powtarzam mamie i że mam przestać robić teatr”.
I znowu, żeby było uczciwie: ja też nie byłam idealna. Parę razy naprawdę powiedziałam przy wnuku za dużo. Na przykład że „kiedyś u was było normalniej” albo że „nie wszystko trzeba podporządkować nowej żonie”. Wiem, że dziecko nie powinno tego słuchać. Może potem powtarzał, może przez to miał jeszcze gorzej. Mam tego świadomość.
Najgorsza rozmowa była miesiąc temu. Wnuk miał urodziny. Dałam mu 300 zł i od razu powiedziałam: „Schowaj do portfela”. Jego macocha zaśmiała się i mówi: „Najlepiej od razu uczmy dziecko, że pieniądze od babci są ważniejsze niż to, co dostaje w domu”. Odpowiedziałam, że nie o to chodzi. Mój syn wtedy przy wszystkich: „Mamo, jak masz robić takie akcje, to przestań”.
Później wyszłam z nim na klatkę i powiedziałam wprost: „Ty zabrałeś dziecku pieniądze, a teraz pozwalasz, żeby ono było codziennie upokarzane”. A on nagle: „Ty nic nie wiesz. Ona ciągnie ten dom, ja pracuję po godzinach, a młody od pół roku ma problemy w szkole, pyskowanie, uwagi, zamykanie się w pokoju. My też już nie dajemy rady”.
I wtedy pierwszy raz mi przemknęło przez głowę, że może on nie tyle jest zły, co słaby i wygodnie mu wierzyć, że problemem jest dziecko, a nie atmosfera w domu. Tylko czy to coś zmienia dla wnuka?
Od tamtej pory nie śpię spokojnie. Zastanawiam się, czy porozmawiać z jego matką, choć syn uzna to za donoszenie. Myślałam też o pedagogu szkolnym, ale boję się, że jak sprawa wróci do domu, to chłopiec będzie miał jeszcze gorzej. Z drugiej strony milczenie też jest jak przyzwolenie.
Syn praktycznie się do mnie nie odzywa. Napisał tylko: „Jak chcesz mieć kontakt z moim synem, to szanuj mój dom”. A ja mam w głowie jedno: czy szanowanie jego domu ma oznaczać, że mam nie reagować, kiedy dziecko gaśnie w oczach?
Naprawdę nie wiem, gdzie jest granica między wtrącaniem się a obowiązkiem zareagowania. Co byście zrobili na moim miejscu?