„Oddaj mi Ellę” – krzyknąłem na Benka pod klatką. A on tylko zacisnął szczękę i zatrzasnął drzwi auta
„Co ty robisz, Benek?! Gdzie ją zabierasz?!” – stałem pod blokiem i głos mi się łamał, a on nawet nie spojrzał.
Bartosz, mój syn, u nas od zawsze „Benek”, trzymał Ellę na rękach, owiniętą w różową kurtkę. Mała miała cztery lata i tylko patrzyła na mnie wielkimi oczami. Nie płakała, co było najgorsze, bo jak dziecko nie płacze, to znaczy, że coś się już w nim zamknęło.
„Tato, odsuń się. Nie rób scen” – powiedział przez zęby.
„Scen? Ty mi dziecko wynosisz jak telewizor z ratami!”
Sąsiadka z parteru uchyliła okno, wiadomo. Ktoś na balkonie zapalił papierosa. Wtedy człowiek czuje, że całe osiedle mu siedzi na karku.
Benek otworzył tylne drzwi auta. Ella już miała wsiadać.
„Benek, chociaż powiedz, gdzie jedziecie. Ja mam ją jutro do przedszkola zaprowadzić!”
„Już nie masz. Już nie będziesz niczego miał” – rzucił i w końcu na mnie spojrzał. W oczach miał złość, ale taką… zmęczoną.
Nie rozumiałem. Przecież to ja przez ostatnie dwa lata ciągnąłem to wszystko. Po śmierci Ani, mojej synowej, to mieszkanie, to dziecko, papierologia… Benek się posypał. Najpierw L4, potem niby wrócił do roboty, ale ciągle jakieś „delegacje”, „zmiany”, „nie mogę”. A Ella została u mnie.
Mieszkam w bloku w Toruniu, na Rubinkowie. Dwa pokoje, kuchnia mała, ale czysta. Emerytura po Poczcie Polskiej, do tego dorabiam czasem przy ochronie na nocki, jak mnie wezmą. Nie jest lekko, ale dziecko nie chodzi głodne.
Tego dnia Benek przyszedł bez zapowiedzi. Ja akurat wróciłem z apteki, bo Ella miała kaszel. Wchodzę, a on siedzi w kuchni z plikiem papierów.
„Co to?” – pytam.
„Dokumenty. Sąd, MOPS, przedszkole… wszystko” – mówi i nie podnosi głowy.
„Jakie wszystko? Co ty kombinujesz?”
„Ja nie kombinuję. Ja odzyskuję córkę.”
„Odzyskujesz? A gdzie ty byłeś, jak ona w nocy gorączkowała? Jak ja z nią stałem na SOR-ze na Bielanach?”
On wtedy uderzył dłonią w stół tak, że łyżeczka podskoczyła.
„A gdzie ty byłeś, jak moja żona umierała, tato?!”
Zatkało mnie. Bo… byłem. Tylko że ja inaczej to pamiętam. Ania nie chciała, żebym się wtrącał. Ona zawsze była dumna, wszystko sama. A ja… ja też mam swój charakter.
Benek wstał, poszedł do pokoju Elli i zaczął pakować jej ubrania do torby.
„Nie wyjdziesz z nią” – powiedziałem, choć sam nie wiedziałem, czy mam do tego prawo.
„Mam. Jestem jej ojcem.”
„Ale ona mieszka tu. Ma tu przedszkole, koleżanki, swój kocyk. Ty nawet nie wiesz, gdzie są jej kapcie.”
„Wiem więcej, niż myślisz” – odburknął.
I wtedy wyciągnął z teczki pismo. Z MOPS-u. Że ktoś złożył donos, że „dziecko przebywa u dziadka, który zostawia je same, nie ma warunków, bywa agresywny”. Było tam też, że planują wywiad środowiskowy i że „rozważają zabezpieczenie dobra małoletniej”.
„Kto to napisał?!” – spytałem.
Benek wzruszył ramionami. „Może sąsiadka. Może ktoś z przedszkola. Może…” i tu zrobił przerwę, „może ty sam sobie narobiłeś.”
Wściekłość mnie zalała. „Ja? Ja mam sobie donosy pisać?!”
„Tato, ludzie mówią. Widzieli, jak wracałeś po nocce. Jak krzyczałeś na nią na placu zabaw.”
„Krzyczałem, bo mi uciekła pod rower! Dziecko ma żyć, czy nie?!”
I wtedy wyszło coś jeszcze. Benek powiedział cicho:
„Wiesz, czemu ona u ciebie była tak długo? Bo ja nie miałem gdzie jej zabrać.”
„Jak to gdzie? Przecież wynajmujesz kawalerkę.”
Zaśmiał się krótko. „Wynajmowałem. Już nie. Zadłużyłem się. Po śmierci Ani… ja nie ogarnąłem. Kredyt, rachunki, te wszystkie leki… Myślałem, że dam radę. Nie dałem.”
To mnie uderzyło. Bo ja mu też nie powiedziałem wszystkiego.
Prawda jest taka, że ja od pół roku mam zajęcie komornicze. Stare sprawy, poręczyłem kiedyś koledze po robocie, a on uciekł. I teraz mi schodzi z emerytury. Kombinowałem, jak mogłem. I tak, zdarzyło się dwa razy, że zostawiłem Ellę na godzinę z telewizorem, jak musiałem skoczyć do Żabki i do banku. Niby nic, ale jak ktoś chce, to zrobi z tego tragedię.
Benek patrzył na mnie, jakby wszystko wiedział.
„Ty też nie jesteś święty, tato. Ty mnie oceniasz, a sam… sam robisz swoje numery.”
„Jakie numery? Ja utrzymuję twoje dziecko!”
„I ciągle mi to wypominasz” – syknął.
Wtedy Ella wyszła z pokoju i stanęła między nami. Cichutko, jak mysz.
„Dziadku, nie krzycz na tatę” – powiedziała.
No i mi coś pękło, bo ona to powiedziała jak dorosła. Jakby już znała te nasze wojny.
Benek uklęknął przy niej. „Jedziemy do mnie. Będzie inaczej. Obiecuję.”
„A gdzie jest twoje ‘do mnie’?” – zapytałem, bo to był konkret.
„U Magdy” – odpowiedział.
Magda. Jego nowa kobieta. Wiedziałem, że z kimś się spotyka, ale myślałem, że to takie… na pocieszenie. A on mi mówi, że do niej chce zabrać moje wnuczkę.
„Ty oszalałeś. Z obcą babą dziecko…”
„Nie jest obca. Ona pomaga. I ma normalne mieszkanie. I nie ma komornika na emeryturze” – walnął prosto.
Skąd on wiedział? A potem do mnie dotarło.
Tydzień wcześniej prosiłem Benka, żeby mi „na chwilę” pożyczył tysiąc złotych, bo „coś mi w banku zablokowali”. Skłamałem. Wstyd mi było. On wtedy powiedział, że nie ma. A może miał. Tylko już wtedy mnie sprawdzał.
Zrobiło się cicho. Tylko czajnik pikał, bo woda się zagotowała.
„To ty ten donos?” – zapytałem, bez sensu, ale musiałem.
Benek długo milczał. W końcu powiedział:
„Nie pisałem donosu. Ale… rozmawiałem z MOPS-em. Bałem się, że jak przyjdą i zobaczą, że Ella jest tu na stałe, to ją nam zabiorą. Rozumiesz? Że trafi do pieczy, zanim ja to ogarnę. Więc chciałem działać szybciej.”
No i tu jest cały problem. Bo ja mu wierzę i nie wierzę jednocześnie. Z jednej strony – to ojciec. Z drugiej – czuję, że mnie pod ścianą postawił.
Próbowałem go zatrzymać. „Benek, daj czas. Usiądźmy, pogadajmy, pójdziemy razem do sądu rodzinnego, do kuratora, co trzeba. Ale nie tak, jak złodziej w nocy.”
„Jak pogadać, jak ty zawsze wiesz lepiej? Jak zawsze mnie traktujesz jak gówniarza?”
I wtedy powiedział coś, co zmieniło mi obraz wszystkiego.
„Ania… ona przed śmiercią chciała, żeby Ella była u mnie. Nie u ciebie. Tylko ja nie dałem rady. A ty się w to wpakowałeś i teraz udajesz, że to twoje dziecko.”
Zrobiło mi się gorąco. Bo ja nie udaję. Ja po prostu… przyzwyczaiłem się. Ella mi weszła w życie jak powietrze.
A potem on dodał cicho:
„I ona się ciebie boi, tato. Jak się denerwujesz.”
„Co ty pieprzysz?!”
Ale w głowie miałem obraz sprzed tygodnia: ja krzyczę, bo rozlała sok na dywan, a ona od razu ręce do góry: „Ja już sprzątam, dziadku, tylko nie krzycz”. Czteroletnie dziecko tak nie mówi bez powodu.
No i doszło do tej sceny pod blokiem. Ja stałem jak wryty, bo co miałem zrobić? Zadzwonić na policję? I co powiem? Że ojciec zabrał własne dziecko? Że ja jestem lepszy, bo jestem dziadkiem?
„Benek…” – tylko tyle mi wyszło.
On włożył Ellę do fotelika, zapiął pasy. Podszedł do mnie i powiedział już ciszej:
„Ja ci jej nie zabieram na zawsze. Ale przestań walczyć ze mną, tylko… pomóż mi to ogarnąć po ludzku. Bez donosów, bez krzyków, bez straszenia sądem.”
A ja wtedy, zamiast odpowiedzieć normalnie, palnąłem:
„Jak ją skrzywdzisz, to cię zniszczę.”
I wiem, jak to brzmi. Wiem. Ale to mi samo wyszło.
Od tamtego dnia minęły trzy dni. Benek odbiera telefony, ale krótko. „Jest dobrze, tato. Ona je, śpi, chodzi do przedszkola – przepisałem.” Magda podobno „fajna”. Ja jej nie znam. Widziałem Ellę na wideorozmowie, machała mi, ale jakby z dystansem. Może to ja sobie dopowiadam.
Najgorsze jest to, że ja nie wiem, czy powinienem iść do sądu po uregulowanie kontaktów, czy dać mu szansę i nie robić wojny. Bo jak pójdę, to on powie, że chciałem mu odebrać dziecko. A jak nie pójdę, to mogę ją stracić tak po prostu.
Siedzę w tym mieszkaniu i wszystko mi przypomina Ellę: kubek z jednorożcem, małe skarpetki za kanapą, rysunek na lodówce. I myślę też o Benku. Bo on naprawdę się posypał po Ani, tylko ja to widziałem jako lenistwo, a może to była depresja, nie wiem.
Nie jestem święty. On też nie. Tylko Ella jest między nami i nikt jej o zdanie nie pyta tak naprawdę.
Powiedzcie mi szczerze: na moim miejscu poszlibyście do sądu rodzinnego i ustawili kontakty na papierze, czy dali Benkowi spokój i spróbowali dogadać się bez wojny, ryzykując, że kiedyś po prostu przestanie odbierać?