„Podzielmy się rachunkiem, proszę” – o pierwszej randce, która nauczyła mnie, kim jestem

– To może podzielimy się rachunkiem? – Bartek spojrzał na mnie spod gęstych brwi, kiedy kelnerka ostrożnie postawiła przed nami szklankę z resztką wina i pusty talerz z niedojedzoną tartą. Jego głos był spokojny, może nawet trochę zbyt pewny siebie. Przewróciłam delikatnie oczami – bo przecież dokładnie o tym rozmawiałyśmy z Kingą ubiegłej niedzieli na śniadaniu: czy to już polska norma, że nawet na pierwszej randce każdy płaci za siebie? Czy minął czas, gdy facet chciał się wykazać odrobiną opiekuńczości, czy po prostu liczy każde złotówkę?

Spojrzałam w okno kawiarni. Ulica była już szara od marcowego deszczu, ludzie pochylali głowy pod kapturami. Wszystko wyglądało jak w powolnym filmie: mijające mnie samochody, Bartek sięgający po portfel, tui stołu nasze puste spojrzenia, znad których unosiło się coś więcej niż niezręczność. Tę noc już wtedy czułam w kościach. Rano będzie bolała głowa – i nie tylko po winie.

Mogłabym się zgodzić od razu, powiedzieć od niechcenia: „Pewnie, nie ma sprawy”, i nie byłaby to żadna scena. Przecież jestem dorosłym człowiekiem, stać mnie na porcję tarty, jakby co to nawet mogłabym postawić, żeby nie czuć długu. Ale nie szkoda tej gry? Nie szkoda prób pokazania, że ktoś jest wart chwili uwagi? Czy nie mogę czasem poczuć się ważna?

Bartek nie zrozumiałby tego pytania. Punktualnie o 19:00 przyszedł, pachnący jak reklama dezodorantu, w dopasowanej, lekko rozpiętej koszuli i nowym szaliku. Spóźniłam się 10 minut. – Zgodnie z tradycją – zażartował niby lekko, ale bardziej wyczułam w tym tonie przytyk niż flirt. Usiadłam, zamówiliśmy wino, on tartę, ja pastę z warzywami. Rozmawialiśmy. Przez pierwsze pół godziny bezpiecznie; o pracy (jest analitykiem finansowym, sporo wyjeżdża do Wrocławia), o tym, jak ciężko „ułożyć sobie życie” między pandemią a inflacją.

Opowiadał o swojej siostrze, która mieszka z rodzicami na Żoliborzu. – Są razem, bo mama od czasu rozwodu boi się samotności. – Skwitował to prychnięciem. – Wydaje mi się to chore – dodał – ale „tak to chyba już jest ze starszym pokoleniem”.

Nie brzmiało to zbyt empatycznie. Przypomniałam sobie moją mamę, jej gorące telefony po nocach i pytania „czy zjadłaś coś ciepłego, Magda?”. Ona też była kiedyś samotna po rozstaniu z tatą. Ale nie skomentowałam. Nie tego wieczoru.

– A ty? – zapytał nagle Bartek. – Czemu jesteś sama?

Zawahałam się. – W sumie… nie wiem. Może dlatego, że za dużo oczekuję od ludzi?

– To nie jest wada – rzucił jakby nieuważnie. – Ja uważam, że dobrze nie mieć złudzeń. Chcesz być szczęśliwa, nie licz na nikogo.

Ugryzłam się w język, powstrzymując ironię: może i tak, może i nie. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, telefon zadzwonił. Mama. Odrzuciłam.

Rozmawialiśmy jeszcze trochę. Próbowałam wyciągnąć z Bartka coś cieplejszego, ale za każdym razem wracał do finansów: ceny mieszkań, koszty wakacji („po co lecieć do Grecji, skoro nad Bałtykiem można za mniej?”), narzekanie na podatki i spóźniający się tramwaj. Nie śmiał się z moich żartów, tylko kiwał głową, jakby analizował szczegółowy budżet. Przeraziło mnie to. Właściwie: chcę przejść przez życie z kimś, kto wszystko liczy w Excelu?

Wtedy Bartek sięgnął po długopis kelnerki. – To ile płacimy? Ja miałem tartę i wodę, ty pastę i lampkę wina… – zaczął wyliczać. Poczułam gulę w gardle. Usłyszałam siebie: – To może ja tym razem zapłacę…

Spojrzał na mnie zdziwiony, nawet odrobinę urażony. – Nie, ja chcę, żeby było po równo. Przecież nie jesteśmy nastolatkami. Nie zaciągam żadnych zobowiązań.

Poczułam się jak aktor w cudzym teatrze. Odsunęłam talerzyk i uśmiechnęłam się kurtuazyjnie.

– Jak chcesz, Bartek, niech będzie po równo.

Gdy wyszliśmy na deszcz, odprowadził mnie do tramwaju. Na pożegnanie pocałował mnie w policzek.

– Odezwę się jutro – powiedział. Wiedziałam, że już nie chcę tego czekać.

Wieczorem zadzwoniła Kinga.

– I jak było?

Nie chciałam mówić, ale ona znała mnie za dobrze.

– Niech zgadnę… podzieliliście się rachunkiem? – śmiała się gorzko.

Przyznałam jej rację. Kinga przez lata była w podobnych relacjach. – Magda, kochana, faceci teraz chcą wszystkiego od razu – wygody, niezależności, ale zero odpowiedzialności. Jak im coś nie pasuje, wyciągają z głowy kalkulator. Ja już nawet nie próbuję się łudzić.

Wieczorem długo patrzyłam na siebie w lustrze. Widziałam cienie pod oczami, zmarszczki, które ostatnio coraz bardziej przypominają rysy mojej mamy. Słyszałam jej głos: „Dbaj o siebie. Nie pozwól, by ktoś podcinał ci skrzydła.” Włożyłam piżamę, wypiłam herbatę z miodem i padłam na łóżko, czując się lżej – i jednocześnie ciężej – niż zwykle.

Rano w pracy mijałam Agnieszkę z biura. Zawsze wyglądała na szczęśliwą żonę, wyprasowana bluzka, luźne żarty.

– Jak randka? – szepnęła, wchodząc do kuchni.

– Było poprawnie. Ale nie dla mnie.

– Przynajmniej oszczędziłaś paragonu na pamiątkę – zażartowała.

Uśmiechnęłam się smutno.

Przez resztę dnia byłam rozkojarzona. Po południu zadzwonił Bartek. – Mam nadzieję, że się nie obraziłaś. Po prostu uważam, że każdy powinien być niezależny. Nie chcę, żeby było między nami jakieś napięcie.

Chciałam odpowiedzieć „Nie ma żadnego napięcia, po prostu jesteśmy z innych światów”, ale nie powiedziałam nic. Tylko cicho się pożegnałam.

Wieczorem, wracając do domu przez deszczowe podwórko, minęłam sąsiadkę, panią Jadwigę. Miała osiemdziesiąt lat i zawsze z podziwem patrzyłam, jak sama dźwiga zakupy, chociaż ledwo widzi na oczy.

– Młoda jesteś, nie zadawaj się z byle kim. Pracowałam przez całe życie, a i tak najlepiej wspominam te dni, gdy ktoś po prostu był dla mnie dobry… – rzuciła, kiedy otworzyłam jej drzwi do klatki.

Chwilę później znalazłam się sama w swoim mieszkaniu. W radiu leciała stara piosenka Edyty Bartosiewicz. Zaparzyłam herbatę, przysiadłam na parapecie i pozwoliłam sobie na łzy. Nie z powodu Bartka – płakałam za sobą, tą wersją mnie, która jeszcze ciągle czeka, aż ktoś ją doceni.

Wzięłam telefon. Wiadomość od Bartka: „Fajnie było, daj znać, jeśli chcesz się jeszcze spotkać.” Nie odpisałam od razu. Wysłałam tylko „Dziękuję za wieczór. Wydaje mi się, że oczekuję czegoś innego.”

Cisza. Spokój. Zostałam tylko ja – i moje myśli.

Wiem, że to tylko pierwsza randka. Że świat się nie kończy. Ale czy to tak wiele chcieć czasem poczuć się ważną, nawet przez krótką chwilę? Może to nie jestem ja, która oczekuje za dużo – może to inni dają za mało? Jak sądzicie, czy dziś jeszcze można spotkać kogoś, kto da nam coś z siebie bez wyliczania wszystkiego na pół?