Babcia, która kochała Avery, ale nie potrafiła pokochać Zacharego
– Mamo, czy możesz dziś odebrać dzieci z przedszkola? – głos mojej córki, Marty, drżał lekko przez telefon. W tle słyszałam śmiech Avery i płacz Zacharego. Westchnęłam cicho, nie chcąc, by usłyszała moje zmęczenie. – Oczywiście, kochanie – odpowiedziałam, choć w środku czułam się rozdarta. Avery zawsze była moim oczkiem w głowie. Od pierwszego dnia, gdy ją zobaczyłam, poczułam coś, czego nie umiałam nazwać – jakbyśmy były połączone niewidzialną nicią. Zachary, jej młodszy brat, był inny. Nie potrafiłam znaleźć w sobie tej samej czułości wobec niego.
Gdy podjechałam pod przedszkole, Avery już czekała przy furtce, z szerokim uśmiechem i rozczochranymi włosami. – Babciu! – rzuciła się na mnie z impetem, a ja poczułam znajome ciepło w sercu. Zachary stał obok, trzymając się kurczowo nogi wychowawczyni. Jego oczy były wielkie, a buzia wykrzywiona w grymasie. – Chodź, Zachary, idziemy do domu – powiedziałam, próbując brzmieć radośnie. Chłopiec spojrzał na mnie nieufnie, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak.
W drodze do domu Avery opowiadała mi o swoim dniu, o tym, jak wygrała konkurs rysunkowy i jak pani pochwaliła jej pracę. Zachary milczał, patrząc przez okno. Czułam się winna, że nie potrafię nawiązać z nim takiej relacji jak z Avery. Próbowałam, naprawdę próbowałam. Czytałam mu bajki, bawiłam się z nim klockami, ale zawsze czułam, że robię to z obowiązku, a nie z serca.
Mój mąż, Andrzej, zauważył to już dawno. – Wiesz, że Zachary też potrzebuje twojej miłości? – powiedział pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy razem w kuchni. – Wiem – odpowiedziałam cicho, spuszczając wzrok. – Ale nie potrafię. To nie jest tak, że go nie lubię. Po prostu… nie czuję tego samego.
W domu Avery od razu pobiegła do swojego pokoju, by pokazać mi nowy rysunek. Zachary usiadł na dywanie i zaczął układać puzzle. Przez chwilę patrzyłam na niego z dystansu. Był taki spokojny, zamknięty w sobie. Może to dlatego trudno mi było się do niego zbliżyć? Avery była otwarta, radosna, zawsze szukała kontaktu. Zachary był cichy, nieśmiały, jakby bał się świata.
Wieczorem, gdy Marta przyszła po dzieci, zapytała: – Jak było? – Avery była cudowna, jak zwykle – odpowiedziałam, a potem dodałam, nieco ciszej: – Zachary był spokojny. Marta spojrzała na mnie uważnie. – Mamo, czy ty naprawdę go lubisz? – zapytała nagle. Zatkało mnie. – Oczywiście, że go lubię! – odpowiedziałam zbyt szybko. – Ale nie tak jak Avery, prawda? – dopytywała.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. – Nie wiem, Marto. Staram się, ale… – urwałam, nie mogąc znaleźć słów. – On to czuje, wiesz? – powiedziała cicho. – Jest jeszcze mały, ale dzieci wyczuwają takie rzeczy.
Przez kolejne dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Czy naprawdę byłam taką złą babcią? Przecież kochałam Avery całym sercem, czy to znaczyło, że nie mam już miejsca na miłość dla Zacharego? Próbowałam sobie przypomnieć, jak to było, gdy Marta była mała. Czy wtedy też miałam swoje ulubione dziecko? Nie, wtedy kochałam ją bezwarunkowo, choć czasem bywała trudna.
Pewnego dnia, gdy Avery była u koleżanki, zostałam z Zacharym sama. Siedzieliśmy w salonie, a on układał swoje puzzle. – Pomóc ci? – zapytałam niepewnie. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale skinął głową. Usiadłam obok niego i zaczęłam dopasowywać kawałki. Przez chwilę panowała cisza, aż nagle Zachary powiedział: – Babciu, lubisz mnie? Zamarłam. – Oczywiście, że cię lubię, kochanie – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć. – Ale nie tak jak Avery – dodał cicho. Poczułam, jak serce mi się ściska. – To nieprawda – powiedziałam, ale wiedziałam, że on wie.
Wieczorem długo rozmawiałam z Andrzejem. – Może powinnaś spróbować go lepiej poznać? – zaproponował. – On jest inny niż Avery, ale to nie znaczy, że gorszy. Może po prostu potrzebuje więcej czasu.
Zaczęłam spędzać z Zacharym więcej czasu. Chodziliśmy razem na spacery, piekliśmy ciasteczka, czytaliśmy książki. Z czasem zauważyłam, że zaczynam go rozumieć. Był wrażliwy, delikatny, potrzebował ciszy i spokoju. Nie był taki jak Avery, ale miał w sobie coś, co zaczęło mnie wzruszać.
Jednak wciąż czułam, że nie potrafię go pokochać tak mocno jak Avery. Może to kwestia charakteru, może wieku, a może po prostu tak już jest. Czułam się winna, że moje serce jest podzielone. Bałam się, że Zachary zawsze będzie czuł się mniej ważny.
Pewnego dnia, gdy cała rodzina zebrała się na obiedzie, Marta powiedziała: – Mamo, dziękuję, że starasz się być bliżej Zacharego. Wiem, że to nie jest łatwe. – Staram się – odpowiedziałam cicho. – Ale czasem mam wrażenie, że nigdy nie będę dla niego taką babcią, jaką jestem dla Avery.
Marta uśmiechnęła się smutno. – Może nie musisz być taka sama. Może wystarczy, że będziesz dla niego najlepszą babcią, jaką potrafisz być.
Te słowa długo we mnie rezonowały. Może rzeczywiście nie da się kochać wszystkich tak samo. Może miłość do każdego dziecka czy wnuka jest inna, wyjątkowa na swój sposób. Ale czy to wystarczy, by Zachary czuł się kochany? Czy kiedykolwiek przestanę czuć się winna?
Czasem patrzę na Avery i Zacharego i zastanawiam się, czy kiedyś zrozumieją moje rozterki. Czy wybaczą mi, że nie potrafiłam być idealną babcią dla obojga? A może to ja muszę sobie wybaczyć, że jestem tylko człowiekiem, który kocha na różne sposoby? Co wy byście zrobili na moim miejscu? Czy można nauczyć się kochać tak samo mocno, czy to po prostu niemożliwe?