„Moja teściowa żąda, żebym znowu przygotowała Wigilię – ale tym razem powiedziałam NIE. Oto dlaczego…”
– Marzena, przecież wiesz, że nikt nie zrobi tego tak dobrze jak ty – usłyszałam głos teściowej przez telefon. Było wtorkowe popołudnie, dzieci biegały po mieszkaniu, a ja właśnie kończyłam pracę zdalną. W słuchawce brzmiał ten sam ton, który od lat wywoływał we mnie gęsią skórkę – niby uprzejmy, ale podszyty oczekiwaniem i presją.
– Mamo, w tym roku naprawdę nie dam rady. Praca, dzieci, remont… – zaczęłam tłumaczyć, ale przerwała mi bezceremonialnie:
– Przecież zawsze sobie radziłaś! Nie przesadzaj. To tylko raz w roku. Poza tym, kto jak nie ty? Ja już nie mam siły, a twoja szwagierka nawet nie wie, jak się robi barszcz.
Zacisnęłam zęby. W głowie wróciły obrazy zeszłorocznej Wigilii: ja w kuchni od szóstej rano, obierająca ziemniaki do sałatki, lepiąca pierogi, pilnująca piekarnika i jednocześnie uciszająca dzieci. Mąż, Tomek, próbował mi pomagać, ale jego matka patrzyła na niego z dezaprobatą: „To kobiece sprawy”.
Wtedy jeszcze nie miałam odwagi się sprzeciwić. Chciałam być dobrą synową, żoną i matką. Chciałam, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale skończyło się tak, że podczas kolacji ledwo trzymałam się na nogach ze zmęczenia. Gdy teściowa pochwaliła karpia, dodała: „No, w końcu ktoś się nauczył gotować”. Wszyscy się zaśmiali, a ja poczułam łzy pod powiekami.
Tego dnia wróciłam do domu i płakałam w łazience. Tomek próbował mnie pocieszać:
– Kochanie, wiem, że to trudne. Ale mama już taka jest…
– A może czas to zmienić? – odpowiedziałam wtedy przez łzy.
Przez cały rok obiecywałam sobie, że następnym razem nie dam się wciągnąć w ten wir oczekiwań. Ale teraz telefon dzwonił znowu i słyszałam ten sam ton.
– Mamo – powiedziałam stanowczo – w tym roku nie przygotuję Wigilii. Możemy zrobić ją wspólnie albo ktoś inny może się tym zająć.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam jej ciężki oddech.
– Marzena… Ja już nie mam siły. Ty jesteś młoda. To twoja rola.
– Moja rola? – powtórzyłam cicho. – A co z Tomkiem? Co z resztą rodziny?
– Tomek? Przecież on pracuje! A dziewczyny… No wiesz, one mają swoje sprawy.
Zacisnęłam pięści.
– Ja też pracuję. I mam swoje sprawy. I dzieci.
Teściowa westchnęła ciężko.
– No dobrze… Zastanów się jeszcze. Zadzwonię jutro.
Odłożyłam telefon i poczułam ulgę wymieszaną z lękiem. Wiedziałam, że to dopiero początek burzy.
Wieczorem Tomek wrócił z pracy. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty.
– Co się stało? – zapytał od progu.
– Twoja mama chce, żebym znów przygotowała całą Wigilię. Powiedziałam jej nie.
Tomek usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę milczał.
– Wiesz, że ona tego nie odpuści…
– Wiem. Ale nie mogę już tak dalej. Zeszły rok był dla mnie koszmarem.
Tomek spuścił wzrok.
– Może powinniśmy zrobić Wigilię u nas? Tylko dla nas i dzieci?
Poczułam ukłucie żalu i ulgi jednocześnie.
– Myślisz, że twoja mama to przeżyje?
– Może czas najwyższy postawić granice – odpowiedział cicho.
Następnego dnia telefon zadzwonił o ósmej rano. Teściowa była wyraźnie zirytowana.
– Marzena, przemyślałaś sprawę? Bo muszę wiedzieć, ile karpia kupić.
– Mamo – powiedziałam spokojnie – w tym roku nie przygotuję Wigilii dla całej rodziny. Jeśli chcecie przyjechać do nas na skromną kolację, zapraszam. Ale nie będę robić dwunastu potraw dla piętnastu osób.
W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszałam łamiący się głos:
– Czyli zostawiasz nas samych na święta? Po tylu latach?
Poczułam gulę w gardle.
– Nie zostawiam was. Po prostu nie dam rady wszystkiego zrobić sama.
Teściowa zaczęła płakać. Słyszałam jej szloch i czułam narastające poczucie winy.
– Zawsze byłaś taka samolubna…
To zdanie uderzyło mnie jak policzek.
Po rozmowie długo siedziałam w milczeniu. Dzieci przyszły do kuchni:
– Mamo, czemu płaczesz?
Przytuliłam je mocno i pomyślałam: „Czy naprawdę muszę poświęcać siebie dla tradycji?”
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– Marzenko, słyszałam od Tomka, że macie kłopoty z Wigilią…
Westchnęłam ciężko.
– Mamo, ja już nie mam siły walczyć z oczekiwaniami jego rodziny. Zawsze wszystko na mojej głowie…
Mama milczała przez chwilę.
– Kochanie, musisz myśleć też o sobie. Święta są dla wszystkich, nie tylko dla tych, którzy siedzą przy stole i czekają na podanie barszczu.
Te słowa dodały mi otuchy. Postanowiłam trzymać się swojej decyzji.
Przez kolejne dni atmosfera w rodzinie była napięta jak struna. Teściowa dzwoniła do Tomka i narzekała na mnie:
– Twoja żona niszczy rodzinne tradycje! Co powie ciotka Halina? A babcia Zosia?
Tomek próbował ją uspokoić:
– Mamo, Marzena ma prawo odmówić. Może ktoś inny przygotuje Wigilię?
Ale nikt nie chciał się podjąć tego zadania. Szwagierka Agata wymówiła się chorobą dzieci, brat Tomka wyjeżdżał służbowo do Niemiec.
W końcu teściowa zadzwoniła jeszcze raz:
– Marzena… Może jednak zmienisz zdanie? Dla dzieci…
Poczułam gniew i smutek jednocześnie.
– Dla dzieci chcę spędzić spokojne święta bez nerwów i łez. Chcę być ich mamą, a nie kucharką na pełen etat.
Teściowa rozłączyła się bez słowa.
Wigilia nadeszła szybciej niż myślałam. Zrobiliśmy z Tomkiem i dziećmi prostą kolację: barszcz z uszkami, pierogi ruskie i kompot z suszu. Było cicho i spokojnie. Dzieci śmiały się przy choince, Tomek opowiadał dowcipy o świętym Mikołaju.
O dwudziestej zadzwonił telefon – teściowa.
– Marzena… Chciałam ci powiedzieć… Może przesadziłam z tym wszystkim…
Zaskoczyło mnie to wyznanie.
– Mamo… Ja po prostu chciałam spędzić święta inaczej niż zawsze…
Usłyszałam cichy śmiech:
– Może masz rację… Może czas coś zmienić…
Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę pierwszy raz od wielu lat.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla tradycji? Czy można być szczęśliwym bez spełniania wszystkich oczekiwań innych? Jak wy radzicie sobie z presją rodziny podczas świąt?