Uciekam do pracy, by uciec od męża: Opowieść o ukrytym bólu za codziennym uśmiechem

– Znowu wychodzisz tak wcześnie? – głos Marka rozbrzmiewa w kuchni, gdy jeszcze zawiązuję buty przy drzwiach. Nie patrzę mu w oczy. Wiem, że jeśli spojrzę, zobaczę ten sam chłodny wzrok, który od miesięcy wbija się we mnie jak szpilki. – Praca nie poczeka – rzucam cicho, łapiąc torbę i klucze.

Wychodzę na klatkę schodową, zamykam za sobą drzwi i dopiero wtedy oddycham głębiej. Na zewnątrz pachnie deszczem i świeżym chlebem z piekarni na rogu. Przez chwilę stoję bez ruchu, czując, jak napięcie powoli opuszcza moje ramiona. Każdego ranka powtarzam ten sam rytuał: szybkie wyjście, byle nie usłyszeć kolejnych pretensji, byle nie poczuć na sobie jego wzroku.

Marek kiedyś był inny. Był czuły, troskliwy, potrafił rozśmieszyć mnie do łez. Ale coś się zmieniło po narodzinach drugiego dziecka. Zaczął kontrolować każdy mój krok – gdzie idę, z kim rozmawiam, ile wydaję na zakupy. Z czasem przestałam czuć się sobą. Stałam się cieniem kobiety, którą byłam kiedyś.

W pracy jestem kimś innym. Tam jestem Anną Nowak – specjalistką od kadr w dużej firmie logistycznej w Warszawie. Tam ludzie mnie szanują, pytają o zdanie, dziękują za pomoc. W biurze mogę się śmiać, żartować z koleżankami przy kawie, czuć się potrzebna. To mój azyl. Często zostaję po godzinach, tłumacząc się nadmiarem obowiązków. Tak naprawdę nie chcę wracać do domu.

– Anka, idziesz na lunch? – pyta Magda, moja przyjaciółka z pracy. Uśmiecham się do niej szeroko.
– Jasne! – odpowiadam z entuzjazmem, choć w środku czuję pustkę.

Czasem mam wrażenie, że wszyscy widzą tylko moją maskę. Nawet dzieci – Ola i Staś – przywykły do tego, że mama jest zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa pomóc w lekcjach czy upiec ciasto na szkolny kiermasz. Sąsiedzi mówią: „Ale pani Anna to ma szczęście! Taki mąż, taka rodzina!”

Gdy wracam wieczorem do mieszkania na Ursynowie, czuję jakby ktoś nakładał mi na twarz niewidzialną maskę. Marek siedzi przed telewizorem, nawet nie podnosi wzroku.
– Długo cię nie było – rzuca oschle.
– Dużo pracy – odpowiadam automatycznie.

W nocy leżę obok niego w łóżku i słyszę jego równy oddech. Ja nie mogę zasnąć. Myślę o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Kiedyś miałam marzenia – chciałam podróżować, nauczyć się włoskiego, może napisać książkę. Teraz moim największym marzeniem jest spokój.

Czasem wyobrażam sobie, że pakuję walizkę i wychodzę bez słowa. Zostawiam wszystko za sobą: mieszkanie na kredyt, wspólne zdjęcia na półce, nawet ulubioną filiżankę do kawy. Ale potem widzę twarze dzieci i czuję się jak więzień własnych wyborów.

Pewnego wieczoru Marek wraca wcześniej niż zwykle. Jest zdenerwowany.
– Dlaczego Ola dostała trójkę z matematyki? Nie pilnujesz jej nauki! – krzyczy.
– Przecież codziennie odrabiam z nią lekcje…
– Może gdybyś mniej czasu spędzała w pracy, a więcej w domu…

Zaciskam pięści pod stołem. Chciałabym mu powiedzieć wszystko: jak bardzo mnie rani swoimi słowami, jak bardzo czuję się samotna nawet wtedy, gdy siedzimy razem przy stole. Ale milczę. Boję się jego gniewu.

Następnego dnia w pracy Magda zauważa moje czerwone oczy.
– Co się stało?
Patrzę na nią przez chwilę i nagle wszystko ze mnie wypływa: łzy, żal, bezsilność.
– Nie daję już rady…
Magda przytula mnie mocno.
– Anka, musisz coś zmienić. Tak dalej nie możesz żyć.

Te słowa wracają do mnie przez cały dzień. Czy naprawdę muszę tak żyć? Czy jestem winna temu, że Marek jest nieszczęśliwy? Czy moje szczęście nic nie znaczy?

Wieczorem patrzę na śpiące dzieci i czuję ogromną falę miłości i smutku jednocześnie. Chciałabym być dla nich silna, pokazać im, że można walczyć o siebie. Ale boję się zrobić pierwszy krok.

W niedzielę idziemy całą rodziną do kościoła. Sąsiadki uśmiechają się do mnie szeroko:
– Pani Aniu, jak pani to robi? Zawsze taka pogodna!
Uśmiecham się grzecznie i czuję, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce.

Wieczorem Marek mówi:
– Może powinniśmy pojechać na wakacje? Może wtedy przestaniesz być taka nerwowa.
Patrzę na niego i widzę człowieka zagubionego we własnych frustracjach. Może on też cierpi? Może oboje jesteśmy ofiarami własnych lęków?

Zasypiam z jednym pytaniem w głowie: czy mam odwagę zawalczyć o siebie? Czy znajdę siłę, by przestać tylko udawać szczęście i zacząć naprawdę żyć?

Może każda z nas nosi taką maskę? Ile jeszcze wytrzymam? Czy ktoś zrozumie mój ból?