Kiedy rodzina wprowadza się do twojego życia: Opowieść o granicach, zaufaniu i rozczarowaniu

– Znowu nie zapłaciłaś za prąd, Anka? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stałam w kuchni, patrząc na nią, jakby była zupełnie obcą osobą.

Anka wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. – Przecież mówiłam ci, że mam teraz ciężki miesiąc. Poza tym to tylko prąd, nie koniec świata.

Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Jeszcze kilka miesięcy temu cieszyłam się na jej przyjazd. Pamiętam, jak dzwoniła z Białegostoku, płacząc do słuchawki: „Ola, nie mam gdzie się podziać. Mogę u ciebie zostać na chwilę?”

Byłam wtedy pewna, że robię dobrze. Przecież rodzina jest najważniejsza. Mama zawsze powtarzała: „Pomagaj bliskim, bo nigdy nie wiesz, kiedy sama będziesz potrzebować pomocy.”

Ale nikt mnie nie przygotował na to, co miało nadejść.

Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. Gotowałyśmy razem zupę pomidorową, śmiałyśmy się z głupich seriali i wspominałyśmy dzieciństwo u babci w Suwałkach. Anka była wtedy cicha, wdzięczna, trochę zagubiona. Przynosiła mi kawę do łóżka i obiecywała, że szybko znajdzie pracę.

Ale potem zaczęły się drobne kłamstwa. Najpierw zniknęło trochę pieniędzy z mojego portfela – tłumaczyła się, że pożyczyła na bilet autobusowy. Potem coraz częściej wracała późno w nocy, czasem pijana, czasem w towarzystwie obcych ludzi.

– Ola, przesadzasz – mówiła pewnego wieczoru, kiedy poprosiłam ją o ciszę po północy. – To tylko znajomi ze studiów. Przecież nie będziemy siedzieć cicho jak myszki.

Zaczęłam się bać wracać do domu. Nigdy nie wiedziałam, co zastanę – czy Anka będzie sama i smutna, czy może znowu urządzi imprezę w moim salonie.

Najgorsze były jednak rachunki. Miałam nadzieję, że skoro mieszka ze mną, podzielimy się kosztami. Ale Anka zawsze miała wymówkę: „Wypłata jeszcze nie przyszła”, „Musiałam oddać dług koleżance”, „Kupiłam ci przecież kawę”.

Pewnego dnia znalazłam w skrzynce list z administracji: zaległość za czynsz przekroczyła dwa miesiące. Serce mi zamarło. Wtedy po raz pierwszy naprawdę się przestraszyłam.

– Anka, musimy pogadać – powiedziałam stanowczo. – To już nie są żarty. Możemy stracić mieszkanie.

Spojrzała na mnie z wyrzutem. – Myślisz tylko o sobie! Przecież wiesz, że szukam pracy! Nie masz serca!

Wtedy poczułam się jak najgorsza osoba na świecie. Może rzeczywiście byłam zbyt surowa? Może powinnam być bardziej wyrozumiała?

Ale ile można znosić? Ile razy można tłumaczyć dorosłej kobiecie podstawowe zasady współżycia?

Zaczęłyśmy się kłócić niemal codziennie. O brudne naczynia w zlewie, o hałas w nocy, o pieniądze. Czułam się jak intruz we własnym domu.

Pewnego wieczoru wróciłam z pracy i zobaczyłam Ankę siedzącą na kanapie z moją ulubioną filiżanką – tą od babci – rozbitą na pół.

– Przepraszam… – zaczęła.

Nie wytrzymałam. – Masz w ogóle jakieś granice?! To już nie jest twoje mieszkanie! To jest mój dom!

Wybiegła wtedy z płaczem do swojego pokoju. Ja zostałam w kuchni i płakałam razem z nią – tylko po cichu.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.

– Ola, słyszałam od cioci Zosi, że coś się dzieje między tobą a Anką…

– Mamo, ja już nie daję rady – wyszeptałam. – Ona mnie niszczy.

Mama milczała przez chwilę.

– Wiem, że jest ci ciężko. Ale pamiętaj: twoje granice są ważne. Nie możesz dać się wykorzystywać tylko dlatego, że ktoś jest rodziną.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

Wieczorem usiadłam z Anką przy stole.

– Musisz znaleźć inne miejsce – powiedziałam cicho. – Pomogę ci szukać pokoju albo hostelu. Ale nie mogę już tak żyć.

Patrzyła na mnie długo bez słowa. W jej oczach widziałam żal i gniew.

– Myślałam, że jesteś moją rodziną – rzuciła przez zaciśnięte zęby.

– Jestem – odpowiedziałam łamiącym się głosem. – Ale jestem też człowiekiem.

Pakowała się przez całą noc. Rano zostawiła mi kartkę: „Przepraszam za wszystko.”

Przez kilka dni czułam ulgę wymieszaną z poczuciem winy. Chodziłam po pustym mieszkaniu i zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy bycie rodziną naprawdę oznacza poświęcenie siebie?

Minęły tygodnie. Rachunki zaczęły być opłacane na czas, a ja powoli odzyskiwałam spokój. Ale czasem budzę się w nocy i myślę o Ance – gdzie jest, czy sobie radzi, czy mnie nienawidzi.

Czy można kochać kogoś i jednocześnie nie pozwolić mu przekraczać naszych granic? Czy rodzina zawsze powinna być na pierwszym miejscu?

A może czasem najtrudniejszą miłością jest ta do samej siebie?