„Nie jesteś tu od decydowania”: Jak jeden kredyt rozbił moją rodzinę

– Więc co, dogadaliśmy się? Weźmiesz ten kredyt, Marto? – głos teściowej przeszył ciszę jak nóż. Siedziałam przy stole w kuchni, dłonie miałam zaciśnięte na kubku herbaty, a w gardle czułam gulę. Michał patrzył w okno, udając, że nie słyszy. Teść przeglądał gazetę. Wszyscy czekali na moją odpowiedź, ale nikt nie patrzył mi w oczy.

Miałam dziewiętnaście lat, kiedy wyszłam za Michała. Byłam zakochana po uszy i wierzyłam, że razem możemy wszystko. On był starszy o cztery lata, miał już stałą pracę w warsztacie samochodowym ojca. Ja dopiero skończyłam liceum i nie wiedziałam jeszcze, co chcę robić w życiu. Rodzice Michała przyjęli mnie pod swój dach z chłodną uprzejmością. Od początku czułam się jak gość – ktoś, kto powinien być wdzięczny za każdy gest.

Pierwsze miesiące były trudne, ale tłumaczyłam sobie, że to kwestia przyzwyczajenia. Teściowa, pani Jadwiga, miała swoje zasady: obiad o trzynastej, sprzątanie w sobotę, zakupy tylko według jej listy. Każde odstępstwo kończyło się cichym westchnieniem lub wymownym spojrzeniem. Michał mówił: „Daj spokój, mama zawsze taka była”. Ale ja czułam się coraz bardziej niewidzialna.

Z czasem zaczęły się drobne konflikty. O to, jak układam naczynia w szafce. O to, że nie umiem zrobić rosołu „tak jak trzeba”. O to, że nie powinnam wychodzić na kawę z koleżanką bez wcześniejszego zapytania. Michał coraz częściej znikał w garażu albo wychodził z kolegami na piwo. Zostawałam sama z Jadwigą i jej pretensjami.

Pewnego dnia teściowa przyszła do mnie z pomysłem: „Marta, powinniście z Michałem wziąć kredyt na mieszkanie. My wam pomożemy z wkładem własnym”. Z jednej strony poczułam ulgę – może wreszcie będziemy mieli coś swojego? Z drugiej strony bałam się zobowiązań i tego, czy damy radę finansowo. Chciałam porozmawiać o tym z Michałem na spokojnie, ale on tylko wzruszył ramionami: „Mama wie, co robi”.

Przez kilka tygodni temat kredytu wracał jak bumerang. Jadwiga przynosiła broszury z banków, wyliczała raty i tłumaczyła mi, jak powinnam prowadzić domowy budżet. Czułam się jak dziecko na egzaminie. Kiedy próbowałam wyrazić swoje obawy, słyszałam: „Nie przesadzaj”, „Wszyscy tak robią”, „Nie jesteś tu od decydowania”.

W końcu nadszedł ten wieczór – rodzinne zebranie przy stole. Jadwiga rozłożyła papiery i powiedziała: „Więc dogadaliśmy się? Weźmiesz ten kredyt?”. Spojrzałam na Michała – milczał. Teść nawet nie podniósł wzroku znad gazety. Poczułam się tak samotna jak nigdy wcześniej.

– Chciałabym najpierw porozmawiać o tym z Michałem… – zaczęłam nieśmiało.
– O czym tu gadać? – przerwała mi teściowa. – To oczywiste rozwiązanie.
– Ale ja…
– Marta, nie rób scen – rzucił teść beznamiętnie.

Wtedy coś we mnie pękło. Wstałam od stołu i wyszłam do swojego pokoju. Spakowałam kilka rzeczy do torby – najpotrzebniejsze ubrania, kosmetyki, książkę od mamy na szczęście. Michał wszedł za mną.

– Co ty robisz?
– Wracam do mamy – powiedziałam cicho.
– Przesadzasz…
– Nie mogę tu dłużej być. Nie mam tu głosu. Nawet ty mnie nie słuchasz.

Nie odpowiedział. Stał w drzwiach i patrzył na mnie bezradnie. Przez chwilę miałam nadzieję, że mnie zatrzyma, powie coś ważnego… Ale on tylko odwrócił się i wyszedł.

Wyszłam z domu po cichu. Na przystanku autobusowym zadzwoniłam do mamy.

– Mamo… Mogę wrócić?
– Zawsze możesz wrócić, córeczko – usłyszałam w słuchawce.

W domu mamy poczułam ulgę i wstyd jednocześnie. Ulgę – bo nikt mnie nie oceniał ani nie zmuszał do niczego. Wstyd – bo miałam wrażenie, że zawiodłam wszystkich: Michała, jego rodziców… siebie samą.

Przez kilka dni nie mogłam spać. Mama robiła mi herbatę i głaskała po głowie jak wtedy, gdy byłam mała. Pytała tylko: „Co chcesz zrobić dalej?”. Nie znałam odpowiedzi.

Michał zadzwonił dopiero po tygodniu.
– Wrócisz?
– Nie wiem…
– Mama mówi, że przesadzasz.
– Może przesadzam… Ale chcę mieć prawo decydować o swoim życiu.

Rozłączył się bez słowa.

Zaczęłam szukać pracy – najpierw dorywczo w sklepie spożywczym, potem jako recepcjonistka w małym hotelu pod Warszawą. Każda wypłata była dla mnie dowodem na to, że potrafię być samodzielna. Mama wspierała mnie na każdym kroku.

Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Może powinnam była walczyć o swoje zdanie mocniej? Może powinnam była zostać i spróbować jeszcze raz? Ale wiem jedno: nie chcę już nigdy być tłem we własnym życiu.

Czy naprawdę trzeba poświęcić siebie dla świętego spokoju? Czy miłość wystarczy tam, gdzie brakuje szacunku? Czasem trzeba odejść, żeby odnaleźć siebie.