Czekając na powrót: Opowieść o utraconej nadziei i rodzinnych sekretach
Rosa jeszcze nie zeszła z trawy, mgła powoli ustępowała na drugi brzeg rzeki, a słońce już wyskakiwało zza poszarpanej krawędzi lasu. Stałam na ganku, wciągając w płuca rześkie powietrze, które pachniało mokrą ziemią i obietnicą nowego dnia. Za plecami usłyszałam plusk bosych stóp. Moja matka, w nocnej koszuli i narzuconej na ramiona chuście, podeszła i stanęła obok mnie.
— Cudownie pachnie, prawda, Marto? — szepnęła, jakby bała się zbudzić dom śpiący za naszymi plecami.
Przytaknęłam tylko, bo w gardle miałam gulę. Dziś miał wrócić ojciec. Po trzech miesiącach pracy w Niemczech, po listach pełnych tęsknoty i zapewnień, że już niedługo wszystko się zmieni. Że wróci z pieniędzmi i zaczniemy nowe życie. Ale ja już wtedy czułam, że coś jest nie tak. Że ta cisza między nami, te spojrzenia matki rzucane ukradkiem w stronę drogi, kryją coś więcej niż zwykłą tęsknotę.
— Marta, chodź do środka, śniadanie stygnie — zawołał mój młodszy brat, Pawełek, ledwo przebudzony, z rozczochranymi włosami i śladami poduszki na policzku.
Weszłam do kuchni. Zapach świeżego chleba mieszał się z aromatem kawy zbożowej. Matka krzątała się przy piecu, udając spokój. Pawełek siorbał herbatę i co chwilę zerkał na mnie spod rzęs.
— Myślisz, że tata przywiezie mi rower? — zapytał nagle.
— Obiecał — odpowiedziałam, choć sama nie wierzyłam już w te obietnice.
Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Każdy stukot kół na szosie wywoływał dreszcz niepokoju. Matka co chwilę wychodziła na ganek i wracała coraz bledsza. W końcu, gdy słońce zaczęło chować się za lasem, usłyszeliśmy znajomy dźwięk starego poloneza. Wybiegliśmy wszyscy przed dom.
Ojciec wysiadł z samochodu powoli. Był chudszy niż zwykle, miał podkrążone oczy i spojrzenie człowieka, który widział za dużo. Uśmiechnął się blado.
— No to jestem — rzucił i rozłożył ramiona.
Pawełek rzucił mu się na szyję. Ja stałam jak wryta. Matka podeszła do niego ostrożnie, jakby bała się dotknąć cienia.
Wieczorem siedzieliśmy przy stole. Ojciec opowiadał o pracy na budowie, o Niemcach, którzy nie rozumieją polskiego humoru, o tęsknocie za domem. Ale mówił to wszystko jakby przez szybę. Widziałam, że unika mojego wzroku i matki też.
Po kolacji matka poprosiła mnie o pomoc przy zmywaniu.
— Coś jest nie tak — szepnęłam jej do ucha.
Zamarła na chwilę z talerzem w ręku.
— Nie teraz, Marta. Proszę cię — odpowiedziała cicho.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez cienką ścianę ich kłótnię. Najpierw szeptali ostro, potem głos ojca stawał się coraz bardziej rozdrażniony.
— Myślisz, że nie wiem? Że nie widzę tych twoich listów? — syknął ojciec.
— To tylko kuzynka z Krakowa! — broniła się matka.
— Przestań kłamać! — huknął ojciec i coś ciężkiego spadło na podłogę.
Zwinęłam się w kłębek pod kołdrą. Pawełek spał spokojnie obok mnie, nieświadomy burzy za ścianą.
Następnego dnia ojciec był jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Unikał matki, a mnie traktował jak powietrze. Wieczorem poszedł do sąsiada „na piwo”. Wrócił późno w nocy, pijany i rozgoryczony.
— Po co ja tu wróciłem? — mruknął do siebie, zanim padł na łóżko.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była nie do zniesienia. Matka chodziła jak cień samej siebie. Pawełek przestał pytać o rower. Ja próbowałam zająć się nauką do matury, ale litery skakały mi przed oczami.
Pewnego popołudnia ojciec spakował walizkę.
— Jadę do Warszawy. Może tam znajdę robotę — rzucił bez emocji.
Matka nawet nie próbowała go zatrzymać. Stała tylko w progu kuchni z rękami splecionymi na piersi.
— I co teraz? — zapytałam ją po jego wyjściu.
— Teraz musimy żyć dalej — odpowiedziała cicho i odwróciła się do okna.
Mijały tygodnie. Ojciec dzwonił rzadko i krótko. Przysyłał pieniądze nieregularnie. Matka zaczęła pracować w sklepie spożywczym we wsi. Ja zdałam maturę i dostałam się na studia do Lublina. Pawełek zamknął się w sobie i coraz częściej znikał z domu na całe popołudnia.
Pewnego dnia przyszła do nas ciotka Zosia z sąsiedniej wsi.
— Słyszałam, że twój ojciec ma tam kogoś — powiedziała mi szeptem przy studni.
Zamarłam. Nagle wszystko nabrało sensu: jego chłód, ucieczka do Warszawy, coraz rzadsze telefony.
Wieczorem zapytałam matkę prosto z mostu:
— Czy tata ma inną kobietę?
Spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
— Nie wiem… Ale chyba tak — wyszeptała i pierwszy raz od miesięcy rozpłakała się przy mnie jak dziecko.
Wtedy poczułam gniew tak wielki, że aż zabrakło mi tchu. Jak mógł nas zostawić? Jak mógł zostawić matkę po tylu latach wspólnego życia?
Wyjechałam na studia z ciężkim sercem. W Lublinie próbowałam zacząć od nowa, ale przeszłość ciągnęła mnie za sobą jak cień. Pisałam do matki długie listy, ale ona odpowiadała krótko: „Jest dobrze”.
Po roku ojciec zadzwonił niespodziewanie.
— Marta… Chciałem ci powiedzieć… Mam syna. Twój brat ma na imię Michaś — powiedział bez cienia skruchy.
Nie odpowiedziałam nic. Po prostu odłożyłam słuchawkę i długo patrzyłam w okno na szare niebo nad akademikiem.
Minęły lata. Matka nigdy nie wyszła za mąż ponownie. Pawełek wyjechał do Anglii za pracą i rzadko wraca do domu. Ja skończyłam studia i zostałam nauczycielką polskiego w małym liceum pod Lublinem. Czasem odwiedzam rodzinny dom – pusty już i cichy – i zastanawiam się nad tym wszystkim.
Czy warto było tyle lat czekać? Czy można wybaczyć zdradę? Czy rodzina to tylko krew – czy może coś więcej?
Może ktoś z was zna odpowiedź…