Od popiołu do życia: Historia Magdy z Wrocławia
– Magda, zabieraj najważniejsze rzeczy! – krzyczał tata z korytarza, gdy woda już wlewała się przez drzwi. Stałam w swoim pokoju, patrząc na zdjęcia z dzieciństwa i nie mogłam się ruszyć. Wszystko działo się za szybko. Jeszcze rano śmialiśmy się przy śniadaniu, a teraz dom tonął w brudnej wodzie. Mama płakała, trzymając w ramionach kota, a brat próbował wynieść telewizor na piętro. Ja stałam jak sparaliżowana.
Woda zabrała nam wszystko. Po kilku godzinach zostaliśmy ewakuowani łodzią strażacką. Patrzyłam na nasz dom – mój świat – jak znika pod powierzchnią. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek końca.
Zamieszkaliśmy u ciotki Haliny na obrzeżach Wrocławia. Cztery osoby w jednym pokoju, bez prywatności, bez nadziei. Tata zamknął się w sobie, przestał rozmawiać z mamą. Mama zaczęła coraz częściej wychodzić z domu, wracała późno i pachniała obcymi perfumami. Brat zamienił się w cień, całe dnie spędzał przed komputerem.
Pewnego wieczoru usłyszałam kłótnię rodziców. – To twoja wina! – krzyczała mama. – Gdybyś szybciej reagował, może byśmy coś uratowali! Tata milczał, tylko jego ramiona drżały ze złości lub bezsilności. Chciałam wejść i ich pogodzić, ale nie miałam siły. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.
Z czasem zaczęły wychodzić na jaw kolejne sekrety. Mama miała romans z sąsiadem ciotki Haliny. Dowiedziałam się o tym przypadkiem – podsłuchałam rozmowę przez telefon. Poczułam się zdradzona przez własną matkę. Próbowałam z nią rozmawiać, ale tylko wzruszyła ramionami: – Muszę jakoś żyć, Magda.
Tata wyprowadził się do kolegi z pracy. Brat przestał chodzić do szkoły, a ja musiałam zacząć pracować po lekcjach w sklepie spożywczym, żebyśmy mieli na jedzenie. Każdego dnia wracałam do domu z poczuciem klęski. Ciotka Halina coraz częściej dawała nam do zrozumienia, że jesteśmy ciężarem.
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Wyszłam na balkon i zaczęłam płakać tak głośno, że obudziłam sąsiadkę z dołu. Przyszła do mnie pani Zofia – starsza kobieta, której wcześniej nawet nie zauważałam. Usiadła obok mnie i powiedziała: – Dziecko, życie czasem wali się na głowę, ale zawsze można posprzątać gruz.
Zaczęłam spędzać z nią coraz więcej czasu. Uczyła mnie piec ciasta i opowiadała o swoim dzieciństwie podczas wojny. Dzięki niej poczułam się mniej samotna. To ona namówiła mnie, żebym poszła do psychologa szkolnego i poprosiła o pomoc.
W szkole nikt nie wiedział o mojej sytuacji. Udawałam silną, ale w środku byłam wrakiem. Kiedy psycholog zapytał: – Co czujesz? – wybuchnęłam płaczem. Po raz pierwszy ktoś mnie wysłuchał bez oceniania.
Z czasem zaczęłam odbudowywać swoje życie kawałek po kawałku. Brat wrócił do szkoły po interwencji pedagoga. Mama rozstała się z kochankiem i próbowała naprawić relacje z nami, choć już nigdy nie było tak samo jak dawniej. Tata znalazł nową pracę i zaczął płacić alimenty.
Najtrudniejsze było wybaczyć – sobie i innym. Przez długi czas czułam gniew na cały świat: na powódź, na rodziców, na siebie za to, że nie potrafiłam ich zatrzymać razem. Ale dzięki pani Zofii nauczyłam się patrzeć do przodu.
Dziś mieszkam w małym mieszkaniu komunalnym na Ołbinie razem z bratem i mamą. Nie mamy wiele, ale mamy siebie. Czasem odwiedzam tatę na weekendy i rozmawiamy o wszystkim oprócz przeszłości.
Często myślę o tamtej nocy, gdy płakałam na balkonie i wydawało mi się, że już nigdy nie będzie lepiej. Czy naprawdę musimy stracić wszystko, żeby docenić to, co mamy? Czy potrafimy być dla siebie wsparciem wtedy, gdy świat wali nam się na głowę? Może właśnie wtedy uczymy się najwięcej o sobie i innych.