Sprzedałam rodzinny pierścionek, by wykarmić syna — a jubiler z Pragi postawił mnie przed wyborem, który zmienił wszystko

— Proszę pani, niech się pani zastanowi jeszcze raz — powiedział jubiler, obracając w palcach złoty pierścionek z maleńkim rubinem. Jego głos był cichy, ale stanowczy. Stałam naprzeciwko niego, ściskając w dłoni starą, popękaną torebkę, w której miałam ostatnie dwadzieścia złotych. Za oknem Praga tonęła w szarym, listopadowym deszczu. W środku sklepu pachniało kurzem i metalem.

— Nie mam się nad czym zastanawiać — odpowiedziałam, czując jak głos mi drży. — Potrzebuję pieniędzy. Dzisiaj. Syn nie ma co jeść.

Jubiler spojrzał na mnie uważnie. Miał na imię pan Władysław. Starszy pan, siwe włosy, okulary zsunięte na czubek nosa. Przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.

— To pamiątka rodzinna? — zapytał.

Pokiwałam głową. — Po babci. Ale co mi po wspomnieniach, kiedy nie mam za co kupić mleka dla Kacperka?

Wiedziałam, że to ostatnia rzecz, jaką powinnam sprzedać. Mama zawsze powtarzała: „Ten pierścionek przechodzi z matki na córkę od czterech pokoleń”. Ale od czterech pokoleń żadna z nas nie musiała wybierać między sentymentem a głodem dziecka.

Pan Władysław westchnął i odłożył pierścionek na aksamitną poduszkę. — Proszę usiąść — zaproponował, wskazując krzesło przy ladzie.

Usiadłam ciężko, czując jak łzy napływają mi do oczu. Próbowałam je powstrzymać, ale jedna spłynęła po policzku.

— Przepraszam — szepnęłam. — To głupie…

— To nie jest głupie — przerwał mi łagodnie. — To jest życie. Wie pani… ja też kiedyś musiałem sprzedać coś cennego, żeby ratować rodzinę.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Jubiler z Pragi? On miał problemy?

— Myśli pani, że tu na Pradze komuś się powodzi? — uśmiechnął się smutno. — Każdy coś stracił. Ale czasem… czasem można coś odzyskać.

Zamilkliśmy na chwilę. Za oknem przejechał tramwaj, rozmazując światła na mokrym asfalcie.

— Ile pan może mi dać? — zapytałam cicho.

Pan Władysław popatrzył na mnie długo, po czym powiedział: — Dam pani tyle, ile potrzeba na mleko i chleb na tydzień. Ale mam inną propozycję.

Zamarłam. — Jaką?

— Zatrudnię panią u siebie. Potrzebuję kogoś do pomocy w sklepie. Porządkowanie, odbieranie telefonów, czasem kawa dla klientów… Nic trudnego. Wypłata co tydzień. Pierścionek zostaje u pani.

Patrzyłam na niego oszołomiona. — Dlaczego miałby mi pan pomóc?

Wzruszył ramionami. — Bo ktoś kiedyś pomógł mnie. I bo widzę w pani oczach to samo, co widziałem w oczach mojej żony, kiedy byliśmy młodzi i biedni.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W głowie kłębiły mi się myśli: czy mogę mu zaufać? Czy to nie jakiś podstęp? Ale spojrzałam na pierścionek i poczułam ulgę tak wielką, że aż rozbolała mnie głowa.

— Zgadzam się — wyszeptałam.

Tego dnia wróciłam do domu z mlekiem i chlebem oraz… nadzieją. Kacperek spał w łóżeczku, a ja patrzyłam na niego i płakałam ze szczęścia.

Ale życie nie jest bajką. Po tygodniu pracy w sklepie zaczęły się plotki na klatce schodowej. Sąsiadka, pani Halina, zagadnęła mnie na schodach:

— Słyszałam, że pracujesz u tego jubilera? Uważaj na niego! Stary lis! Pewnie chce cię wykorzystać!

Zignorowałam ją, ale w środku poczułam niepokój. Czy rzeczywiście mogę ufać panu Władysławowi? Przecież prawie go nie znam…

W pracy było dobrze. Pan Władysław traktował mnie z szacunkiem, uczył rozpoznawać kamienie szlachetne i opowiadał historie o dawnych czasach na Pradze. Czasem przynosił mi kanapki albo pytał o Kacperka.

Pewnego dnia do sklepu przyszła moja mama. Zobaczyła pierścionek leżący na ladzie i pobladła.

— Chciałaś go sprzedać?! — wykrzyknęła z wyrzutem.

— Nie miałam wyjścia! — odpowiedziałam rozpaczliwie. — Ale pan Władysław mi pomógł…

Mama spojrzała na jubilera z podejrzliwością.

— Pomógł? Za darmo nikt nic nie daje! Uważaj na siebie!

Po jej wyjściu długo płakałam w magazynku sklepu. Czułam się rozdarta: z jednej strony wdzięczność wobec pana Władysława, z drugiej — lojalność wobec rodziny i strach przed plotkami.

Minęły dwa miesiące. Dzięki pracy mogłam opłacić czynsz i kupić Kacperkowi nowe buty na zimę. Pierścionek nosiłam teraz codziennie — był symbolem tego, że można przetrwać najgorsze chwile.

Ale pewnego wieczoru pan Władysław poprosił mnie o rozmowę.

— Pani Aniu… Jestem chory. Mam raka. Nie zostało mi dużo czasu…

Zamarłam z filiżanką herbaty w dłoni.

— Chciałbym, żeby po mojej śmierci to pani przejęła sklep. Zna już pani wszystko…

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

— Ale… ja? Przecież ja nic nie wiem o prowadzeniu biznesu!

Uśmiechnął się smutno.

— Wie pani wszystko o przetrwaniu i o ludziach z Pragi. To najważniejsze.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Czy powinnam przyjąć ten dar? Czy nie zdradzam w ten sposób swojej rodziny i historii pierścionka?

Dziś siedzę przy kuchennym stole i patrzę na pierścionek babci błyszczący w świetle lampy. Myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło przez ostatnie miesiące: o głodzie, o nadziei, o ludziach dobrych i złych.

Czy można budować przyszłość na cudzej tragedii? Czy powinnam przyjąć sklep po panu Władysławie i dać Kacperkowi lepsze życie? A może powinnam odejść i zostawić przeszłość za sobą?

Czasem zastanawiam się: ile jesteśmy warci bez naszych wspomnień? I czy można być szczęśliwym, jeśli wybieramy przyszłość zamiast przeszłości?