Testament ojca – historia o poświęceniu, zdradzie i poszukiwaniu własnej wartości
– Nie rozumiesz, Anka! Zawsze musisz mieć ostatnie słowo! – krzyknął Michał, trzaskając drzwiami kuchni. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć resztki obiadu, który i tak zjadłam sama z ojcem. Michał pojawiał się w domu coraz rzadziej, a kiedy już przyjeżdżał, to tylko po to, by pokłócić się ze mną lub wyciągnąć od ojca pieniądze.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ostatni raz, kiedy widzę go w naszym domu przed śmiercią taty. Ojciec był już wtedy słaby, jego dłonie drżały, a oczy coraz częściej patrzyły gdzieś daleko, jakby szukał w przeszłości czegoś, czego nie mógł znaleźć w teraźniejszości.
– Aniu, usiądź przy mnie – poprosił cicho tamtego wieczoru. Usiadłam na brzegu łóżka, czując ciężar zmęczenia w kościach. Przez lata rezygnowałam z własnych planów – nie wyjechałam na studia do Krakowa, nie założyłam rodziny, nie wyjechałam na wakacje. Wszystko po to, by być przy nim, kiedy tego potrzebował.
– Wiem, że nie było ci łatwo – powiedział nagle. – Ale chciałem, żebyś wiedziała…
Nie dokończył. Zasnął z moją dłonią w swojej. Wtedy jeszcze wierzyłam, że wszystko ma sens.
Ojciec zmarł dwa tygodnie później. Pogrzeb był skromny – kilku sąsiadów, ciotka Basia z Wrocławia i oczywiście Michał z żoną i dziećmi. Patrzyłam na nich z dystansem. Michał płakał głośno, jakby chciał nadrobić lata nieobecności jednym żałosnym szlochem.
Po pogrzebie spotkaliśmy się u notariusza. Siedziałam obok Michała, a serce waliło mi jak młotem. Byłam pewna – dom zostanie mój. Przecież to ja tu zostałam, ja opiekowałam się ojcem, ja dbałam o wszystko.
Notariusz otworzył kopertę i zaczął czytać:
– Ja, Stanisław Nowak, będąc w pełni władz umysłowych…
Słuchałam jak przez mgłę. Słowa układały się w zdania, które nie miały sensu. „Dom rodzinny przekazuję mojemu synowi Michałowi Nowakowi… Córce Annie Nowak pozostawiam oszczędności zgromadzone na koncie bankowym…”
Zamarłam. Michał spojrzał na mnie triumfalnie. Poczułam się jak powietrze – niewidzialna i niepotrzebna. Wszystko, co budowałam przez lata – opieka nad ojcem, rezygnacja z siebie – okazało się nic nie warte.
– To chyba jasne – powiedział Michał po wyjściu z kancelarii. – Dom jest mój. Możesz zostać do końca miesiąca.
Nie odpowiedziałam. Wróciłam do pustego domu i usiadłam na schodach. Przez kilka godzin patrzyłam na ściany pełne zdjęć – moje dzieciństwo, uśmiechnięty ojciec trzymający mnie za rękę, mama jeszcze żywa…
Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy do walizki. Michał pojawił się niespodziewanie.
– Anka…
– Nie mów nic – przerwałam mu ostro. – Nie chcę słuchać twoich tłumaczeń.
– To nie ja pisałem testament.
– Ale ty go wykorzystałeś.
Wyszedł bez słowa.
Przez kolejne dni czułam się jak cień samej siebie. Ciotka Basia zadzwoniła wieczorem:
– Aniu, przyjedź do mnie do Wrocławia. Odpoczniesz trochę.
Nie miałam siły odmówić. Spakowałam resztę rzeczy i zamknęłam drzwi domu na klucz po raz ostatni.
We Wrocławiu wszystko było inne – głośniejsze, szybsze, obce. Ciotka próbowała mnie pocieszać:
– Twój ojciec pewnie miał powody…
Ale jakie? Czy naprawdę byłam dla niego tylko pomocą domową? Czy nie widział mojego poświęcenia?
Wieczorami płakałam w poduszkę. Przeglądałam stare listy od mamy – pełne czułości i troski o naszą rodzinę. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka z rodzinnej miejscowości:
– Aniu, Michał sprzedaje dom! Podobno już znalazł kupca.
Zatkało mnie. Dom mojego dzieciństwa miał przejść w obce ręce…
Postanowiłam wrócić choć na chwilę – pożegnać się z miejscem, które było całym moim światem.
Weszłam do środka bez pukania. Michał siedział przy stole z jakimś mężczyzną.
– Anka? Co ty tu robisz?
– Chciałam się pożegnać z domem – odpowiedziałam cicho.
Mężczyzna spojrzał na mnie ze współczuciem.
– To pani jest córką Stanisława? Szkoda… Piękny dom.
Nie odpowiedziałam. Przeszłam przez wszystkie pokoje – dotykałam ścian, okiennic, starych mebli. W kuchni znalazłam jeszcze kubek z moim imieniem.
Wyszłam na podwórko i usiadłam pod jabłonią. Przypomniały mi się wszystkie letnie popołudnia spędzone z ojcem na ławce pod drzewem.
Michał wyszedł za mną.
– Anka…
Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Dlaczego? Dlaczego tata tak zrobił?
Wzruszył ramionami.
– Może myślał, że sobie poradzisz? Że zawsze byłaś silniejsza ode mnie?
Poczułam gniew i żal jednocześnie.
– To niesprawiedliwe! Całe życie byłam tutaj! Ty miałeś swoje życie gdzie indziej!
Michał spuścił wzrok.
– Może tata chciał mi dać drugą szansę…
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam jedno – muszę zacząć żyć dla siebie.
Wróciłam do Wrocławia i zaczęłam szukać pracy. Znalazłam ją w małym antykwariacie na Nadodrzu. Każdego dnia uczyłam się być kimś innym niż tylko „tą od opieki nad ojcem”.
Czasem budzę się w nocy i myślę o domu – o zapachu świeżo pieczonego chleba, o śmiechu mamy, o dłoniach ojca trzymających moją dłoń. Ale już nie płaczę.
Czy warto było poświęcić wszystko dla rodziny? Czy można odzyskać siebie po latach bycia niewidzialną? Może ktoś z was zna odpowiedź…