Kiedy nikt nie przychodzi: Opowieść o zapomnianym bracie i rodzinnych ranach, które nie chcą się zagoić
— Nie musisz tam iść, Marto — głos mamy był cichy, jakby bała się, że ktoś nas podsłuchuje przez ściany starego mieszkania na Pradze. — On nawet nie zapyta o ciebie.
Patrzyłam na nią przez chwilę, próbując zrozumieć, czy to troska, czy raczej ulga, że nie musi sama mierzyć się z tym dniem. W kuchni pachniało kawą i lekko przypalonym chlebem. Był środek listopada, a światło wpadające przez okno miało kolor rozcieńczonego mleka.
— Ale przecież ktoś musi go odebrać — odpowiedziałam, choć wcale nie byłam tego pewna. — To mój brat.
Mama wzruszyła ramionami. — Twój brat… — powtórzyła z goryczą. — Po tym wszystkim?
Zamknęłam oczy. Po tym wszystkim. Po latach krzyków, trzaskania drzwiami, po tym, jak Paweł zniknął na dwa lata bez słowa, zostawiając nas z długami i wstydem. Po tym, jak wrócił i udawał, że nic się nie stało. Po tym, jak ojciec odszedł, bo nie mógł już patrzeć na to wszystko.
Ale teraz Paweł leżał na oddziale neurologicznym po ataku padaczki. Lekarze mówili o powikłaniach po dawnych urazach głowy. Nikt z rodziny nie odwiedził go przez tydzień.
Wyszłam z mieszkania bez słowa. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Jadwigę.
— Jak tam mama? — zapytała z troską.
— Dziękuję, jakoś się trzyma — odpowiedziałam automatycznie.
— A Paweł? Słyszałam, że w szpitalu… — zawiesiła głos.
Skinęłam głową. — Jadę po niego.
Pani Jadwiga spojrzała na mnie z takim współczuciem, że poczułam gulę w gardle.
Szpital był szary i zimny. Pachniało tam środkiem do dezynfekcji i zmęczeniem. Przechodziłam przez korytarze, mijając ludzi o pustych oczach. W końcu znalazłam salę Pawła.
Leżał przy oknie, blady i wychudzony. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się krzywo.
— Myślałem, że nikt nie przyjdzie — powiedział cicho.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
— Mama nie mogła — rzuciłam w końcu.
— Jasne — odparł Paweł i odwrócił wzrok.
Pomogłam mu się ubrać. Jego ręce drżały. Widziałam blizny na nadgarstkach — stare i nowe. Przypomniałam sobie noc sprzed lat, kiedy znalazłam go nieprzytomnego w łazience. Wtedy też byłam sama.
— Marta… — zaczął nagle. — Przepraszam.
Zamarłam. Tyle razy chciałam to usłyszeć, a teraz nie wiedziałam, co z tym zrobić.
— Za co? — zapytałam ostrożnie.
Paweł spojrzał na mnie z bólem w oczach.
— Za wszystko. Za to, że cię zostawiłem. Za to, że musiałaś być silna za nas dwoje. Za to, że mama płakała przez moje głupoty… Za ojca też przepraszam.
Łzy napłynęły mi do oczu. Chciałam go przytulić, ale coś mnie powstrzymało. Może duma, może strach przed kolejnym rozczarowaniem.
Wyszliśmy ze szpitala w milczeniu. Na przystanku autobusowym Paweł nagle usiadł na ławce i schował twarz w dłoniach.
— Nie wiem, czy dam radę wrócić do domu — wyszeptał. — Boję się mamy. Boję się ciebie.
Usiadłam obok niego. Przez chwilę patrzyłam na przejeżdżające samochody.
— Ja też się boję — przyznałam cicho. — Ale ktoś musi być pierwszy.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Myślisz, że jeszcze możemy być rodziną?
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam obrazy z dzieciństwa: wspólne zabawy na podwórku, śmiech, potem krzyki i płacz mamy za zamkniętymi drzwiami sypialni.
— Nie wiem — powiedziałam w końcu. — Ale jeśli nie spróbujemy… to już nigdy się nie dowiemy.
W domu mama czekała przy stole. Gdy zobaczyła Pawła, jej twarz stężała.
— Dzień dobry — powiedział cicho Paweł.
Mama milczała przez chwilę, potem skinęła głową i wyszła do kuchni. Usłyszeliśmy dźwięk czajnika i szelest papierowych ręczników.
Siedzieliśmy we troje przy stole jak obcy ludzie. Każde z nas miało swoje rany i żale. Próbowałam zacząć rozmowę o czymś neutralnym: pogodzie, zakupach, planach na przyszłość Pawła. Mama odpowiadała półsłówkami. Paweł patrzył w stół.
Po godzinie wyszedł do swojego dawnego pokoju. Zostałyśmy same z mamą.
— On się nie zmieni — powiedziała gorzko mama. — Znowu nas zawiedzie.
Poczułam gniew i smutek jednocześnie.
— Może tak… Ale jeśli go zostawimy teraz, to już nigdy nie będzie miał szansy się zmienić.
Mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
— Ja już nie mam siły…
Przytuliłam ją mocno pierwszy raz od lat.
Wieczorem usiadłam pod drzwiami pokoju Pawła. Słyszałam jego cichy płacz.
— Jesteś tam? — zapytałam szeptem.
— Tak…
— Chciałabym wierzyć, że możemy zacząć od nowa — powiedziałam drżącym głosem. — Ale musisz mi pomóc uwierzyć.
Drzwi otworzyły się powoli. Paweł spojrzał na mnie z nadzieją i strachem jednocześnie.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy potrafię wybaczyć wszystko to, co się wydarzyło. Ale wiem jedno: jeśli nie spróbuję dziś wyciągnąć ręki do brata, jutro może być już za późno.
Czy można naprawdę zacząć od nowa po tylu latach bólu? Czy rodzina to tylko wspólna krew, czy coś więcej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?