Mama oddała nam dom po babci, a potem chciała rządzić naszym życiem – czy to jeszcze rodzina, czy już kontrola?
– Piotr, nie otwieraj! – szepnęłam nerwowo, widząc przez firankę sylwetkę mamy na ganku. Stała tam z tą swoją nieodłączną torbą i miną, która zwiastowała burzę. Dzwonek rozbrzmiał po raz trzeci, tym razem dłużej, natarczywiej.
– Naomi, musimy z nią porozmawiać. Nie możemy się wiecznie chować – Piotr spojrzał na mnie z wyrzutem, ale w jego oczach widziałam ten sam strach, który ściskał mi żołądek.
Odkąd mama przepisała nam dom po babci w zeszłym roku, nasze życie zamieniło się w pole bitwy. Miało być spokojnie – dom na wsi, ogród pełen wspomnień, miejsce na nowe początki. Ale mama nie potrafiła odpuścić. Każda nasza decyzja – od koloru ścian po wybór mebli – była przez nią kwestionowana. „Babcia by się przewróciła w grobie!” – powtarzała za każdym razem, gdy tylko coś zmienialiśmy.
Początkowo próbowałam tłumaczyć: – Mamo, to teraz nasz dom. Chcemy tu żyć po swojemu.
Ale ona tylko zaciskała usta i rzucała: – Gdyby nie ja, nie mielibyście niczego. Trochę wdzięczności by się przydało.
Piotr próbował mediować. – Mamo, przecież możemy się dogadać. Chcesz tu przyjeżdżać? Proszę bardzo, ale nie możesz nam dyktować wszystkiego.
Wtedy padły te słowa, które od tamtej pory wisiały nad nami jak chmura gradowa: – To ja wam dałam ten dom i mogę go wam odebrać. Jeśli nie potraficie być wdzięczni, znajdę kogoś innego, kto doceni mój gest.
Od tego momentu żyliśmy jak na szpilkach. Każdy dźwięk samochodu pod domem sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła. Mama potrafiła pojawić się bez zapowiedzi, wejść do środka jak do siebie i zacząć przestawiać rzeczy. Pewnego dnia wróciłam z pracy i zastałam ją w kuchni – wywalała nasze kubki do kartonu.
– Te są brzydkie. Babcia miała lepszy gust – rzuciła przez ramię.
– Mamo! To są nasze rzeczy! – wybuchłam wtedy pierwszy raz. Piotr próbował mnie uspokoić, ale czułam, że zaraz eksploduję.
– Nie podnoś na mnie głosu! – krzyknęła mama. – Zapominasz się! To ja tu rządzę!
Po tej awanturze Piotr zaproponował zmianę zamków.
– To nasz dom – powiedział cicho. – Musimy postawić granice.
Bałam się tej decyzji. Bałam się jej reakcji. Ale jeszcze bardziej bałam się życia w ciągłym napięciu.
I oto stała na ganku, dzwoniąc coraz bardziej wściekle. W końcu Piotr otworzył drzwi na łańcuch.
– Co to ma znaczyć?! – wrzasnęła mama, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. – Zmieniliście zamki?!
– Mamo, musimy porozmawiać – zaczął spokojnie Piotr.
– Nie mam o czym! Oddajcie mi klucze albo natychmiast wynoście się z mojego domu!
– To już nie jest twój dom – powiedziałam drżącym głosem. – Przepisałaś go na nas.
– Ale to ja go wyremontowałam! Ja płaciłam rachunki! Ja dbałam o babcię do końca! Wy tylko korzystacie z mojej pracy!
Czułam łzy pod powiekami. Wiedziałam, że mama mówi z bólu i żalu, ale jej słowa raniły jak noże.
– Mamo, chcemy cię tu widywać. Chcemy być rodziną. Ale musisz uszanować nasze decyzje – próbowałam jeszcze raz.
– Rodzina?! Rodzina nie odcina matki od domu! – krzyknęła i odwróciła się na pięcie.
Zamknęliśmy drzwi i długo staliśmy w ciszy. Piotr objął mnie ramieniem.
– Myślisz, że kiedyś to zrozumie? – zapytał cicho.
Nie wiedziałam. Przez kolejne tygodnie mama przysyłała nam SMS-y pełne wyrzutów i gróźb. Raz nawet przyszło pismo od prawnika – próbowała unieważnić darowiznę. Sprawa ciągnęła się miesiącami. Każda rozprawa była jak rozdzieranie starych ran: mama płakała przed sądem, opowiadając o niewdzięcznych dzieciach; my tłumaczyliśmy się z każdej decyzji.
W międzyczasie życie musiało toczyć się dalej: praca, rachunki, remonty. Czułam się jak intruz we własnym domu. Każda rzecz przypominała mi babcię i dzieciństwo spędzone w tym ogrodzie… a teraz wszystko było skażone konfliktem.
Najgorsze były święta. Mama odmówiła przyjazdu na Wigilię. Siedzieliśmy z Piotrem przy stole i patrzyliśmy na puste miejsce.
– Może powinniśmy odpuścić? Oddać jej ten dom? – spytał Piotr któregoś wieczoru.
Ale wiedziałam, że jeśli teraz ustąpimy, nigdy nie będziemy wolni.
Po roku sąd przyznał nam rację: darowizna była ważna, dom należy do nas. Mama przestała przyjeżdżać, przestała dzwonić. Zostaliśmy sami z ciszą i poczuciem winy.
Czasem siadam na ganku i patrzę na ogród pełen wspomnień. Zastanawiam się: czy warto było walczyć o własne życie kosztem relacji z matką? Czy można być naprawdę wolnym od oczekiwań rodziny?
A może każdy dom niesie ze sobą ciężar dawnych ran i nigdy nie da się ich całkiem uleczyć?