„Taniec, którego nikt nie chciał widzieć: Historia Julii z Targówka”

– Co ty sobie wyobrażasz? – syknął pan Marek, kierownik sali, kiedy tylko zamknęły się za mną drzwi kuchni. – Myślisz, że możesz rozmawiać z gośćmi jak równa z równym? Jeszcze tego brakowało, żeby kelnerka z Targówka robiła za gwiazdę wieczoru!

Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni mokrą ściereczkę. W uszach dzwoniła mi muzyka z sali balowej – walc grany przez orkiestrę, która nawet nie próbowała ukryć znudzenia. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i wybiec na deszczową ulicę, ale wiedziałam, że nie mogę. Mama czekała na mnie w domu, a rachunki nie płaciły się same.

Jeszcze godzinę temu byłam tylko jedną z wielu – Julia, 24 lata, studentka filologii japońskiej na urlopie dziekańskim, kelnerka w ekskluzywnym hotelu na Powiślu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Byłam przezroczysta. Ale potem zobaczyłam go – siedział samotnie przy okrągłym stoliku pod oknem, jakby ktoś go tam postawił przez pomyłkę. Pan Kazimierz Nowakowski – podobno milioner, właściciel kilku fabryk pod Warszawą. W ciemnym garniturze wyglądał jakby był z innego świata. Nie rozmawiał z nikim, nie patrzył na nikogo. Tylko dłonie miał zaciśnięte na kolanach tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.

Goście szeptali o nim złośliwie: „Patrzcie, nawet nie raczy się uśmiechnąć”, „Pewnie myśli, że jest lepszy od nas”, „Siedzi jak posąg – może nie wie, jak się bawić po polsku?”.

Przechodziłam obok niego kilka razy z tacą pełną kieliszków. Za każdym razem czułam jego spojrzenie na sobie – nie nachalne, raczej pełne zmęczenia. W końcu zebrałam się na odwagę i postawiłam przed nim szklankę wody.

– Dziękuję – powiedział cicho, z wyraźnym akcentem. Było w tym coś dziwnie wzruszającego – jakby każde słowo kosztowało go wysiłek.

– Nie ma za co – odpowiedziałam po japońsku. „Dōitashimashite.”

Podniósł głowę gwałtownie. Przez sekundę zobaczyłam w jego oczach coś na kształt ulgi.

– Mówisz po japońsku? – zapytał zdumiony.

– Trochę. Studiowałam… zanim musiałam przerwać.

Nie odpowiedział od razu. Skinął tylko głową i uśmiechnął się lekko – pierwszy raz tego wieczoru.

Wróciłam do pracy z sercem bijącym jak szalone. Wiedziałam, że ktoś to zauważył. W takich miejscach wszystko jest na pokaz – nawet milczenie.

Nie myliłam się. Pani Grażyna z obsługi już szeptała do koleżanki: „Ta Julia to chyba myśli, że jak zna języki, to może więcej niż my.”

Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym mężczyźnie. O jego samotności. O tym, jak bardzo przypominała moją własną.

Kiedy orkiestra zaczęła grać kolejny walc i wszyscy ruszyli na parkiet, pan Kazimierz został sam przy swoim stoliku. Patrzył w okno na rozświetloną Warszawę i wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego niż wcześniej.

Nie wiem, co mnie podkusiło. Może to był impuls, może desperacja. Podeszłam do niego bez tacy, bez służbowego uśmiechu.

– Czy chciałby pan zatańczyć? – zapytałam po polsku, ale cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Ze mną? Przecież…

– Wiem kim jestem – przerwałam mu. – Ale czasem warto zrobić coś głupiego.

Wstał powoli. Był wyższy niż myślałam. Podał mi rękę i razem weszliśmy na parkiet.

Na początku nikt nas nie zauważył. Ale potem ktoś krzyknął: „Patrzcie! Kelnerka tańczy z Nowakowskim!”

Śmiechy. Szeptane komentarze. Czułam na sobie dziesiątki oczu.

Ale wtedy on ścisnął moją dłoń mocniej i powiedział cicho:

– Dziękuję ci. Nikt tu nie widzi człowieka.

Tańczyliśmy niezgrabnie, ale szczerze. Przez chwilę świat przestał istnieć.

A potem ktoś rzucił głośno:

– Co to za cyrk? Może jeszcze pocałunek?

Zrobiło mi się gorąco ze wstydu. Puściłam jego rękę i uciekłam do kuchni.

Tam czekał już pan Marek.

– Jesteś skończona! – syknął. – Wynoś się stąd natychmiast!

Zostawiłam fartuch na krześle i wybiegłam na deszczową ulicę. Szłam długo przez mokre chodniki Powiśla do Targówka. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Czy naprawdę zrobiłam coś złego?”

W domu mama spała przed telewizorem. Przykryłam ją kocem i zamknęłam się w swoim pokoju. Płakałam długo w poduszkę.

Następnego dnia obudziłam się z bólem głowy i poczuciem klęski. Przez cały dzień nie odezwał się żaden telefon, nikt nie napisał wiadomości.

Wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam ostrożnie – przed klatką stał pan Kazimierz z bukietem białych tulipanów.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział niepewnie. – Chciałem tylko podziękować… Za taniec. Za rozmowę.

Zaproponowałam herbatę w kuchni pełnej zapachu smażonej cebuli i leków mamy.

Opowiedział mi swoją historię: o żonie, która odeszła; o synu, który wyjechał do Anglii i nie wrócił; o samotności bogatego człowieka w kraju pełnym ludzi.

A potem spytał:

– Dlaczego pani zna japoński?

Opowiedziałam mu wszystko: o studiach, o chorobie mamy, o pracy ponad siły i marzeniach porzuconych gdzieś po drodze.

Siedzieliśmy długo w milczeniu.

W końcu powiedział:

– Chciałbym pani pomóc wrócić na studia… Jeśli pani pozwoli.

Poczułam gniew i wstyd naraz.

– Nie chcę litości! – wybuchłam. – Nie jestem biedną dziewczyną do uratowania!

Uśmiechnął się smutno.

– Nie chodzi o litość. Chodzi o szansę… którą sam kiedyś dostałem od kogoś innego.

Nie odpowiedziałam nic. Po prostu patrzyłam na swoje dłonie drżące nad kubkiem herbaty.

Kilka dni później dostałam list polecony z uczelni: „Możliwość powrotu na studia w trybie indywidualnym”.

Nie wiem, czy to była jego zasługa czy po prostu cud.

Wróciłam na uczelnię po roku przerwy. Pracowałam dalej wieczorami jako kelnerka w innej restauracji – tym razem na własnych warunkach.

Pan Kazimierz czasem dzwonił lub pisał krótkie wiadomości: „Jak idzie nauka?”, „Czy mama zdrowa?”. Nigdy nie przekroczył granicy przyjaźni.

Minął rok od tamtej nocy. Skończyłam licencjat z wyróżnieniem i dostałam stypendium na wyjazd do Japonii.

Ostatniego dnia przed wyjazdem spotkałam pana Marka przypadkiem w sklepie spożywczym na Targówku.

– No proszę… Wielka pani studentka! – zakpił. – I co ci to dało?

Uśmiechnęłam się spokojnie:

– Dało mi odwagę być sobą nawet wtedy, gdy wszyscy chcieli żebym była nikim.

Dziś siedzę w małym mieszkaniu w Tokio i piszę tę historię dla tych wszystkich dziewczyn z Targówka i innych dzielnic Warszawy, które czują się niewidzialne.

Czy warto było zatańczyć ten jeden raz? Czy warto było złamać zasady świata, który nigdy nie był mój?

A może każda zmiana zaczyna się właśnie od jednego tańca… nawet jeśli nikt nie chce go widzieć?