Odkrycie, które rozdarło moje życie: Historia Marii z Poznania

– Andrzej, co to jest? – mój głos drżał, gdy trzymałam w ręku jego telefon. Palce ślizgały mi się po szkle, serce waliło jak młot. W pokoju pachniało jeszcze świeżo zaparzoną kawą, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. Andrzej spojrzał na mnie zaskoczony, może nawet lekko przestraszony.

– Co masz na myśli? – zapytał, próbując zachować spokój, ale widziałam, jak jego dłoń zaciska się na oparciu krzesła.

Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Na ekranie telefonu widniały wiadomości. Nie były jednoznaczne, ale wystarczyły, by zasiać we mnie niepokój. „Dziękuję za wczoraj. Było cudownie. Tęsknię.” – napisała jakaś Ewa. Ewa? Przewijałam dalej. „Może spotkamy się znów w przyszłym tygodniu?” Andrzej odpisał: „Też tęsknię. Dam znać, kiedy będę mógł.”

W głowie miałam mętlik. Przez czterdzieści lat małżeństwa ufałam mu bezgranicznie. Wspólne święta, narodziny dzieci, remonty mieszkania na Winogradach, wyjazdy nad morze do Międzyzdrojów… Wszystko nagle wydało mi się kruche jak porcelana.

– Kto to jest Ewa? – zapytałam cicho.

Andrzej spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, a ja czułam, jak narasta we mnie panika.

– To tylko koleżanka z pracy – powiedział w końcu. – Pomagałem jej ostatnio przy projekcie.

– Koleżanka? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Tak się pisze do koleżanki?

Wstałam gwałtownie, krzesło zaskrzypiało na panelach. W kuchni rozległ się stukot naczyń – nasza córka Marta zmywała po kolacji. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z domu, uciec przed tym wszystkim, ale nogi miałam jak z waty.

Zawsze byłam tą silną. To ja trzymałam rodzinę w ryzach, dbałam o dom, o dzieci, o Andrzeja. Kiedy zachorowała moja mama i trzeba było jeździć do niej codziennie do Swarzędza, nie narzekałam. Kiedy Andrzej stracił pracę w 2002 roku i przez pół roku żyliśmy z mojej pensji pielęgniarki, nie wypominałam mu tego ani razu.

A teraz… teraz czułam się jak dziecko we mgle.

Wieczorem długo leżałam w łóżku, wsłuchując się w oddech Andrzeja. Zawsze zasypiał pierwszy, chrapał lekko i spokojnie. Tym razem przewracał się z boku na bok. W końcu wyszeptał:

– Mario… przepraszam.

Nie odpowiedziałam. Łzy spływały mi po policzkach.

Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Zaparzyłam kawę, usiadłam przy stole i patrzyłam na zdjęcia rodzinne na ścianie. Marta z pierwszą komunii, Tomek na studniówce, my na Mazurach w 1998 roku… Czy to wszystko było kłamstwem?

Marta weszła do kuchni.

– Mamo, wszystko w porządku? Wyglądasz… dziwnie.

Uśmiechnęłam się blado.

– Nic się nie stało, kochanie. Po prostu źle spałam.

Ale Marta zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny.

– Pokłóciliście się z tatą?

Pokręciłam głową, ale ona już wiedziała swoje.

Przez cały dzień chodziłam jak struta. W pracy koleżanki pytały, czy jestem chora. Pacjentka pani Zofia złapała mnie za rękę:

– Pani Mario, pani zawsze taka pogodna… Coś się stało?

Nie mogłam nikomu powiedzieć prawdy. Wstydziłam się. Bałam się oceny: „A widzisz, taka byłaś pewna swojego małżeństwa…”

Wieczorem Andrzej wrócił późno niż zwykle. Siedziałam już w salonie przy lampce wina.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.

Usiadł naprzeciwko mnie.

– Mario… To nie jest tak, jak myślisz.

– To jak jest? – przerwałam mu ostro.

Zaczął mówić o pracy, o stresie, o tym, że Ewa jest samotna i czasem potrzebuje wsparcia. Że to tylko rozmowy, że nic się nie wydarzyło.

– Ale dlaczego jej piszesz takie rzeczy? – zapytałam cicho.

Zamilkł. Patrzył na mnie długo.

– Bo czasem czuję się niewidzialny – wyszeptał w końcu. – W domu wszystko kręci się wokół dzieci, twojej pracy… A ja? Ja też chciałem poczuć się ważny dla kogoś.

Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Czy naprawdę tak bardzo go zaniedbałam? Czy to moja wina?

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Marta i Tomek coś wyczuwali, ale nie pytali wprost. Ja zamknęłam się w sobie. Próbowałam analizować każde słowo Andrzeja, każde wspomnienie z ostatnich lat.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie siostra – Basia.

– Mario, co się dzieje? Słyszałam od Marty, że jesteś jakaś nieobecna…

Nie wytrzymałam i wszystko jej opowiedziałam. Basia milczała długo.

– Słuchaj… Może powinniście pójść do terapeuty? To nie jest koniec świata. Ale musisz wiedzieć jedno: to nie twoja wina.

Poczułam ulgę i wdzięczność za te słowa.

Wieczorem usiedliśmy z Andrzejem przy stole kuchennym. Powiedziałam mu o rozmowie z Basią i o tym, że nie dam rady sama przez to przejść.

– Chcę spróbować terapii – powiedziałam stanowczo.

Andrzej skinął głową. W jego oczach zobaczyłam łzy.

Terapia była trudna. Bolało słuchać o jego samotności i moich błędach. Bolało przyznawać się do własnych zaniedbań i słabości. Ale zaczęliśmy rozmawiać szczerze – pierwszy raz od lat.

Po kilku miesiącach zaczęliśmy powoli odbudowywać zaufanie. Nie było łatwo – każda wiadomość na jego telefonie powodowała u mnie dreszcz niepokoju. Ale Andrzej starał się być bardziej obecny w domu; ja nauczyłam się słuchać go naprawdę.

Marta i Tomek dowiedzieli się prawdy dopiero po roku. Byli wściekli na ojca, ale też wdzięczni mi za szczerość i odwagę walki o rodzinę.

Dziś minęły dwa lata od tamtego wieczoru. Nadal zdarzają się trudne chwile; czasem wraca lęk i niepewność. Ale nauczyliśmy się rozmawiać i być dla siebie wsparciem.

Czasem patrzę na Andrzeja i zastanawiam się: czy można naprawdę wybaczyć zdradę emocjonalną? Czy da się odbudować coś, co wydawało się już stracone?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu?