Między matką a żoną: Czyje serce naprawdę należy do niego?
— Znowu dzwoni — szepczę przez zaciśnięte zęby, patrząc na wyświetlacz telefonu męża. „Mama”. Zawsze „Mama”. Zawsze pierwsza, zawsze najważniejsza.
Marek nawet nie patrzy na mnie, tylko odbiera i już po chwili słyszę ten czuły ton, którego nigdy nie używa w rozmowie ze mną. — Tak, mamo? — mówi łagodnie. — Tak, kupię ci te leki. Tak, przyjadę po pracy. Tak, wiem, że nikt nie rozumie cię tak jak ja.
Zaciskam pięści. W kuchni czeka na niego obiad, który gotowałam godzinę, ale wiem już, że nie zje go ze mną. Znowu pojedzie do niej. Znowu zostanę sama przy stole.
Nie zawsze tak było. Kiedy poznaliśmy się z Markiem na studiach w Krakowie, był inny — pełen pasji, spontaniczny, śmiał się głośno i całował mnie na środku Plant. Wtedy Halina była tylko odległym głosem w słuchawce, który czasem przerywał nam randki. Myślałam: „To dobrze, że kocha matkę. To znaczy, że będzie dobrym mężem”.
Ale potem zamieszkaliśmy razem. Najpierw w wynajętym mieszkaniu na Ruczaju, potem kupiliśmy własne na kredyt. I wtedy Halina stała się codziennością. Najpierw były to drobne rady: „Nie gotuj mu tyle makaronu, Marek zawsze miał po nim zgagę” albo „Nie pierz jego koszul w takiej temperaturze”. Potem zaczęły się porównania: „U mnie Marek nigdy nie był taki zmęczony”, „U mnie zawsze miał apetyt”.
Początkowo próbowałam być miła. Zapraszałam ją na obiady, piekłam jej ulubione ciasta, słuchałam opowieści o Marku z dzieciństwa. Ale ona patrzyła na mnie tym swoim chłodnym wzrokiem i zawsze znajdowała coś, co robię źle.
— Marek, twoja żona chyba nie wie, jak się robi prawdziwy rosół — rzuciła kiedyś podczas niedzielnego obiadu. Marek tylko się uśmiechnął i powiedział: — Mamo, daj spokój.
Ale nie dała spokoju. Nigdy.
Z czasem zaczęłam czuć się jak intruz we własnym domu. Każda decyzja — od koloru zasłon po wybór wakacji — musiała być skonsultowana z Haliną. Gdy mówiłam Markowi o swoich uczuciach, wzdychał ciężko:
— Ola, ona jest sama od śmierci taty. Muszę jej pomagać.
— Ale ja też cię potrzebuję! — krzyczałam czasem w rozpaczy.
— Przesadzasz — odpowiadał chłodno i wychodził z pokoju.
Pamiętam jedną noc szczególnie wyraźnie. Siedziałam na podłodze w łazience i płakałam w ciszy, żeby nie obudzić Marka. Czułam się niewidzialna. Jakby moje potrzeby były mniej ważne niż jej samotność.
W pracy zaczęłam unikać rozmów o rodzinie. Koleżanki opowiadały o wspólnych wyjazdach z mężami, a ja milczałam. Czułam zazdrość i wstyd.
Pewnego dnia Halina zadzwoniła do mnie bezpośrednio:
— Olu, czy mogłabyś poprosić Marka, żeby przyjechał dziś wcześniej? Źle się czuję.
— Pani Halino, Marek ma dziś ważne spotkanie w pracy… — próbowałam tłumaczyć.
— Ty nigdy mnie nie rozumiesz — przerwała mi lodowatym tonem i rozłączyła się.
Wieczorem Marek wrócił późno i nawet nie spojrzał mi w oczy.
— Mama mówiła, że byłaś dla niej niemiła — rzucił oskarżycielsko.
— Próbowałam tylko… — zaczęłam.
— Nie chcę o tym słyszeć — przerwał mi i zamknął się w sypialni.
Zaczęliśmy się oddalać od siebie. Coraz częściej spał na kanapie pod pretekstem zmęczenia. Ja coraz częściej płakałam po nocach.
W końcu zebrałam się na odwagę i zaproponowałam terapię małżeńską.
— To ty masz problem z moją matką, nie ja — powiedział Marek bez cienia wahania.
Czułam się jak dziecko proszące o uwagę rodzica, a nie jak żona dorosłego mężczyzny.
W pracy zaczęły pojawiać się plotki: „Ola chyba ma kryzys w domu”. Próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku, ale coraz trudniej było mi ukrywać łzy pod makijażem.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama:
— Olu, czy ty jesteś szczęśliwa?
Zamilkłam. Nie wiedziałam już nawet, co odpowiedzieć.
W końcu przyszedł dzień, kiedy Halina trafiła do szpitala z powodu problemów z sercem. Marek rzucił wszystko i zamieszkał u niej na dwa tygodnie. Przychodził do domu tylko po ubrania. Ja siedziałam sama w pustym mieszkaniu i patrzyłam na nasze wspólne zdjęcia ze ślubu.
Kiedy wrócił po tych dwóch tygodniach, spojrzał na mnie jak na obcą osobę.
— Musimy porozmawiać — powiedział cicho.
— Wiem — odpowiedziałam równie cicho.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
— Ola… Ja nie potrafię zostawić mamy samej. Ona mnie potrzebuje bardziej niż ty — powiedział bez emocji.
Łzy napłynęły mi do oczu.
— A ja? Ja też cię potrzebuję! Czy ja się nie liczę?
Marek spuścił wzrok.
— Przepraszam — wyszeptał.
Wtedy zrozumiałam, że walczę z czymś silniejszym niż ja sama — z poczuciem winy mojego męża wobec matki i jego nieumiejętnością postawienia granic.
Dziś mieszkam sama. Uczę się na nowo oddychać bez niego obok. Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można wygrać z matczyną miłością bez utraty własnej godności?
A wy? Gdzie według was kończy się obowiązek wobec rodzica, a zaczyna odpowiedzialność za własną rodzinę?