Ile warte są łzy ojca?
— Nie interesuje mnie, ile mój ojciec dostaje emerytury! — wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem się zastanowić. W firmowej kuchni, gdzie zapach kawy mieszał się z dymem papierosów, zapadła cisza. Michał spojrzał na mnie z ukosa, a Agnieszka tylko upiła łyk herbaty, jakby chciała zniknąć w tym kubku.
— Serio, Piotrek? — Michał uniósł brwi. — Przecież to twój ojciec.
— Pracował całe życie, nie? To jego sprawa. — Starałem się brzmieć obojętnie, ale coś mnie ścisnęło w środku.
Nie mogłem uciec od wspomnień. Ojciec, Stanisław, zawsze był cichy. Po śmierci mamy zostaliśmy sami. Wracał wieczorami z warsztatu samochodowego, pachniał smarem i potem. Ja czekałem z herbatą i kanapką. Nigdy nie prosił o nic poza tym, żebym był dobrym człowiekiem.
Przez lata myślałem, że rodzice są od dawania, a dzieci od brania. Gdy dostałem pracę jako programista w Poznaniu, poczułem się wolny. Ojciec był już wtedy na emeryturze. Odwiedzałem go rzadko — czasem podrzucałem kawę albo papierosy. Nigdy nie pytałem, czy ma na rachunki czy leki.
— Wiesz ile twój tata wydaje na leki? — zapytała Agnieszka tamtego dnia.
Zawstydziłem się. Nie wiedziałem. Nawet nie próbowałem się dowiedzieć.
— Mój tata ma niską emeryturę — powiedziała cicho. — Co miesiąc mu dokładam.
Michał tylko skinął głową:
— Mój też. Teraz im ciężko.
Wróciłem do domu z ciężarem na sercu. Siedziałem na łóżku, patrzyłem w telefon. Zadzwonić do ojca? Nie zadzwoniłem. Otworzyłem piwo i włączyłem serial.
Ale słowa Michała i Agnieszki nie dawały mi spokoju. Zacząłem zauważać drobiazgi: jak ojciec zawsze mówi „wszystko dobrze”, choć głos mu drży; jak nigdy nie prosi o pomoc.
W piątek po pracy pojechałem do niego bez zapowiedzi. Drzwi były otwarte. Siedział przy stole, patrzył przez okno i palił papierosa. Na stole leżały niezapłacone rachunki i pudełko leków.
— Tato, potrzebujesz czegoś? — zapytałem niezdarnie.
Spojrzał zaskoczony:
— A czego miałbym potrzebować? Wszystko mam.
Usiadłem naprzeciwko i patrzyłem na jego ręce — popękane, stare, ale wciąż silne.
— Ile masz emerytury? — zapytałem pierwszy raz w życiu.
Zawahał się, spojrzał mi prosto w oczy:
— Czemu pytasz? Nigdy cię to nie interesowało.
Poczułem wstyd palący policzki.
— Może dlatego, że zrozumiałem, że nic o tobie nie wiem poza tym, że jesteś moim ojcem.
Uśmiechnął się gorzko:
— Nie ma o czym mówić. Emeryturka mała, starcza na rachunki i leki. Czasem zostaje na kawę z sąsiadem.
Zacisnąłem pięści pod stołem.
— Dlaczego nigdy nie powiedziałeś, że potrzebujesz pomocy?
Wzruszył ramionami:
— Masz swoje życie, Piotrek. Nie chciałem być ciężarem.
Tej nocy nie mogłem zasnąć. Myślałem o wszystkim, co przegapiłem — rozmowach, których nie odbyliśmy; pytaniach, których nigdy nie zadałem. Następnego dnia poszedłem do banku i założyłem konto tylko dla niego. Co miesiąc przelewam tam część pensji.
Zacząłem częściej go odwiedzać — przynosić owoce, gazety, czasem po prostu siedzieć w ciszy przy telewizorze. Zacząłem słuchać jego opowieści: o młodości w PRL-u, o pracy w warsztacie, o tym jak poznał mamę na potańcówce w remizie.
Pewnego dnia zapytał:
— Synu… jesteś szczęśliwy?
Zastanowiłem się chwilę:
— Nie wiem… Ale chyba pierwszy raz próbuję być lepszym człowiekiem.
Uśmiechnął się łagodnie:
— To wystarczy.
Dziś, gdy słucham kolegów narzekających na rodziców albo opowiadających o ich problemach zdrowotnych czy finansowych, już nie czuję wstydu ani dystansu. Czuję wdzięczność za to, że jeszcze mogę naprawić swoje błędy.
Czasem patrzę na ojca i myślę: ile warte są jego łzy? Ile razy naprawdę zapytaliśmy naszych rodziców: „Jak się czujesz?” I czy mamy odwagę przyznać przed sobą samym, że przez lata traktowaliśmy ich jak coś oczywistego?