To nie jest ten mężczyzna, którego poślubiłam: Jak niezadowolenie mojego męża rozbija naszą rodzinę

– Iwona, ile razy mam powtarzać, że nie tak się robi kaszę dla dzieci?! – głos Marcina przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, z łyżką w ręku, a w oczach już czułam łzy.

– Przecież zawsze tak gotowałam… – wyszeptałam, próbując nie patrzeć na niego. Kuba i Lenka siedzieli w swoich krzesełkach, patrząc na nas szeroko otwartymi oczami.

– U mojej mamy zawsze była sypka, a nie ta twoja breja – dodał Marcin, wywracając oczami i wychodząc z kuchni. Drzwi trzasnęły. Dzieci podskoczyły.

Wtedy poczułam, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze. Jeszcze kilka lat temu śmialiśmy się z Marcina z takich drobiazgów. Kiedyś był czuły, troskliwy, potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień. Teraz miałam wrażenie, że wszystko, co robię, jest złe. Że jestem niewystarczająca – jako żona, matka, kobieta.

Pamiętam dzień naszego ślubu. Było ciepło, czerwcowe słońce tańczyło na białej sukni. Marcin patrzył na mnie z takim zachwytem, że aż się rumieniłam. Przysięgaliśmy sobie miłość i wsparcie na dobre i na złe. Wtedy wierzyłam, że razem przetrwamy wszystko.

Pierwsze lata były naprawdę szczęśliwe. Mieszkaliśmy w małym mieszkaniu na Pradze, wieczorami chodziliśmy na spacery nad Wisłę. Marcin pracował w firmie budowlanej, ja byłam nauczycielką w podstawówce. Nie mieliśmy wiele, ale mieliśmy siebie.

Wszystko zaczęło się zmieniać po narodzinach bliźniaków. Ciąża była trudna – leżałam w szpitalu przez dwa miesiące, bałam się o dzieci. Marcin wtedy był przy mnie, ale już wtedy widziałam w jego oczach zmęczenie i niepokój.

Po powrocie do domu zaczęły się schody. Dzieci płakały nocami, ja byłam wykończona. Marcin coraz częściej wychodził „na chwilę” do kolegi albo do sklepu i wracał po kilku godzinach. Zaczęły się pretensje o bałagan, o to, że nie mam czasu dla niego, że jestem wiecznie zmęczona.

Najgorsze przyszło wraz z częstymi wizytami jego matki – pani Haliny. Od początku nie byłam jej ulubienicą. „Iwona, ty nawet nie umiesz dobrze przewinąć dziecka”, „Za moich czasów kobiety były bardziej zaradne”, „Marcin zawsze miał ciepły obiad na stole” – słyszałam niemal codziennie.

Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Marcina z matką przez telefon:

– Mamo, ja już nie wiem… Ona nic nie ogarnia! Wszystko jest na mojej głowie…

Zamarłam za drzwiami kuchni. Poczułam się zdradzona. Przecież robiłam wszystko, co mogłam! Czy naprawdę byłam aż tak beznadziejna?

Z czasem Marcin zaczął coraz częściej znikać z domu. W pracy zostawał „po godzinach”, a wieczorami siedział przy komputerze albo oglądał telewizję. Ja sama walczyłam z kolkami dzieci, gorączkami i własnym zmęczeniem.

Któregoś wieczoru zebrałam się na odwagę:

– Marcin… możemy porozmawiać?

Spojrzał na mnie z irytacją.

– O czym? Znowu będziesz narzekać?

– Nie narzekam… Po prostu… czuję się samotna. Chciałabym, żebyś był bardziej obecny…

– A ja chciałbym mieć normalny dom! – wybuchł. – Żeby nie było wiecznego chaosu! Żeby dzieci nie wrzeszczały całymi dniami! Żebyś wyglądała jak kobieta, a nie jak cień!

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne dni chodziłam jak otępiała. Zaczęłam unikać Marcina, bałam się kolejnych kłótni.

Pani Halina coraz częściej przychodziła „pomagać”. Przejmowała kuchnię, decydowała o wszystkim – od tego, co dzieci mają jeść, po to, jakie ubrania powinnam im zakładać.

Pewnego popołudnia usiadła naprzeciwko mnie przy stole.

– Iwona… ja wiem, że ci ciężko. Ale może powinnaś wrócić do pracy? Dzieci oddać do żłobka? Może wtedy Marcin będzie miał powód do dumy…

Zacisnęłam pięści pod stołem.

– Myślałam, że rodzina to coś więcej niż tylko zarobki i porządek – odpowiedziałam cicho.

Pani Halina spojrzała na mnie z politowaniem.

– Ty nic nie rozumiesz…

Wieczorem powiedziałam o tej rozmowie Marcinowi.

– Moja matka ma rację – rzucił tylko i wyszedł na balkon zapalić papierosa.

Czułam się coraz bardziej osaczona. Każdy dzień był walką – o siebie, o dzieci, o resztki godności.

Zaczęłam mieć problemy ze snem. Budziłam się w środku nocy z lękiem w sercu. Bałam się przyszłości. Bałam się tego, że któregoś dnia Marcin po prostu odejdzie i zostanę sama z bliźniakami.

Próbowałam rozmawiać z przyjaciółkami, ale większość z nich miała własne problemy albo uważała, że „tak to już jest po dzieciach”.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja mama.

– Iwonka… co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się w słuchawkę.

– Mamo… ja już nie daję rady…

Mama przyjechała następnego dnia z drugiego końca miasta. Usiadła ze mną w kuchni i po prostu mnie przytuliła.

– Pamiętaj… jesteś dobrą matką i żoną. To nie twoja wina.

Te słowa były jak plaster na ranę.

Zaczęłam szukać pomocy – poszłam do psychologa. Rozmawiałam o swoim lęku, poczuciu winy i samotności. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę brać całej odpowiedzialności za nasze małżeństwo tylko na siebie.

Pewnego wieczoru zebrałam się na odwagę i powiedziałam Marcinowi:

– Jeśli coś ma się zmienić… musimy zacząć rozmawiać jak dorośli ludzie. Albo pójdziemy razem na terapię… albo nie wiem, czy dam radę dalej tak żyć.

Marcin spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął.

– Nie wiem… Może masz rację…

To był pierwszy raz od miesięcy, kiedy zobaczyłam w jego oczach cień dawnego Marcina – tego chłopaka sprzed lat.

Nie wiem jeszcze, jak potoczy się nasza historia. Codziennie walczę o siebie i o naszą rodzinę. Czasem mam ochotę uciec i zostawić wszystko za sobą – ale potem patrzę na Kubę i Lenkę i wiem, że muszę być silna.

Czy można jeszcze odbudować miłość tam, gdzie tyle razy padły raniące słowa? Czy warto walczyć o rodzinę za wszelką cenę? Czasem sama siebie pytam: ile jeszcze jestem w stanie znieść?