Kiedy rodzina się rozpada: Opowieść babci z Warszawy o walce o wnuka
— Mamo, ja już nie mogę — głos Piotra drżał, gdy po raz kolejny wpadł do mojego mieszkania na Ochocie, rzucając klucze na stół. — Magda znowu zabrała Antka do swojej matki. Nawet nie powiedziała mi, gdzie są.
Patrzyłam na niego, jakby był znowu tym małym chłopcem, który przychodził do mnie po pocieszenie po bójce na podwórku. Teraz miał trzydzieści sześć lat, a jego świat walił się na moich oczach. Chciałam go przytulić, ale wiedziałam, że nie mogę już niczego naprawić jednym uściskiem.
— Piotrek, musisz z nią porozmawiać. Dla Antka — powiedziałam cicho, choć wiedziałam, że to już setny raz, kiedy powtarzam te same słowa.
Piotr spojrzał na mnie z rozpaczą. — Ona nie chce rozmawiać. Wszystko jest moją winą. Tak mówi. Że nie mam czasu dla nich, że tylko praca się liczy. Ale przecież robiłem to dla nich! — uderzył pięścią w stół.
Wtedy zadzwonił telefon. To była Magda. Nie odebrał. Widziałam w jego oczach strach i wstyd. Bał się kolejnej kłótni. Bał się, że znowu usłyszy, jak bardzo zawiódł.
Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie dzień ich ślubu. Byli tacy szczęśliwi. Magda w białej sukni, Piotr z dumą prowadzący ją do ołtarza. A potem narodziny Antka — mój pierwszy wnuk, moje słońce. Jak to możliwe, że wszystko tak się pogmatwało?
Wieczorem zadzwoniła do mnie Magda.
— Pani Zosiu, nie wiem już, co robić — jej głos był zmęczony i łamliwy. — Piotr tylko pracuje. Ja sama wszystko dźwigam. Antek pyta, czemu tata nie wraca do domu.
— Magdo, on was kocha. Tylko nie umie tego pokazać — próbowałam ją uspokoić.
— Ja już nie mam siły — szepnęła i się rozłączyła.
Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. W głowie miałam obraz Antka — siedzi sam w swoim pokoju, układa klocki Lego i czeka na tatę, który znowu nie zdąży wrócić przed snem. Czułam bezsilność i gniew na Piotra, ale też żal do Magdy, że tak łatwo się poddaje.
Następnego dnia odebrałam Antka ze szkoły. Był cichy i zamyślony.
— Babciu, czemu mama płacze? — zapytał nagle w tramwaju.
Zabrakło mi słów. Przytuliłam go mocno.
— Mama jest smutna, bo bardzo was kocha i martwi się o was — odpowiedziałam wymijająco.
— A tata? — dopytywał.
— Tata też cię kocha. Bardzo — powiedziałam z trudem.
Wiedziałam jednak, że dzieci czują więcej niż dorośli chcą im pokazać.
W weekend Piotr przyszedł do mnie po Antka. Byliśmy we trójkę w kuchni, kiedy nagle zadzwoniła Magda.
— Piotrze, musimy porozmawiać — powiedziała stanowczo przez telefon. — Nie możemy tak dalej żyć. Antek cierpi.
Piotr spojrzał na mnie błagalnie.
— Mamo, co mam robić? — wyszeptał.
— Idź do niej. Porozmawiajcie jak dorośli. Dla Antka — powtórzyłam.
Pojechali razem do Magdy. Zostałam sama z myślami i lękiem o przyszłość mojego wnuka.
Wieczorem Piotr wrócił blady jak ściana.
— Magda chce rozwodu — powiedział cicho. — Powiedziała, że już nie potrafi mi zaufać. Że za dużo było kłamstw i niedomówień.
Poczułam, jak serce mi pęka. Próbowałam go pocieszyć, ale wiedziałam, że to koniec pewnego etapu w naszym życiu.
Przez kolejne tygodnie byłam świadkiem ich walki o opiekę nad Antkiem. Sądowe pisma, mediacje, łzy i krzyki przez telefon. Antek coraz częściej zamykał się w sobie. Przestał rysować kolorowe obrazki — teraz były tylko szare kreski i smutne buzie.
Pewnego dnia Magda przyszła do mnie z płaczem.
— Pani Zosiu, ja nie chcę zabierać mu ojca. Ale boję się zostawić Antka z Piotrem na noc. On nie radzi sobie nawet ze sobą…
Nie wiedziałam już, po czyjej stronie stanąć. Kochałam ich wszystkich i czułam się rozdarta na pół.
W końcu przyszedł dzień rozprawy sądowej o opiekę nad Antkiem. Siedziałam na korytarzu sądu rejonowego na Solidarności i patrzyłam na mojego syna oraz synową — oboje zmęczeni, zapuchnięci od płaczu, obcy sobie ludzie.
Sędzia zapytał Antka:
— Z kim chciałbyś mieszkać?
Antek spuścił głowę i wyszeptał:
— Z babcią…
Łzy napłynęły mi do oczu. Wiedziałam jednak, że to niemożliwe.
Po rozprawie Piotr usiadł obok mnie na ławce przed sądem.
— Mamo… wszystko zepsułem…
Objęłam go ramieniem.
— Nie ty jeden popełniasz błędy, Piotrek. Ale możesz jeszcze być dobrym ojcem dla Antka. Nawet jeśli nie będziecie już rodziną taką jak dawniej.
Od tamtej pory staram się być dla Antka bezpieczną przystanią. Odbieram go ze szkoły, piekę jego ulubione drożdżówki z serem i słucham jego opowieści o świecie Lego i dinozaurach. Czasem widzę w jego oczach cień smutku — wtedy przytulam go mocno i mówię:
— Babcia zawsze tu będzie.
Często zastanawiam się nocami: czy mogłam zrobić coś więcej? Czy można uratować rodzinę przed rozpadem? A może czasem trzeba pozwolić jej odejść i nauczyć się żyć na nowo? Co wy byście zrobili na moim miejscu?