Moja wnuczka znika mi sprzed oczu: Czy powinnam ją ratować przed rodzinną tragedią?

– Zosia, kochanie, zjesz jeszcze trochę zupy? – pytam cicho, patrząc na jej wychudzoną twarz. Dziewczynka tylko kręci głową i odsuwa talerz. W jej oczach widzę cień, którego nie było jeszcze pół roku temu. Siedzimy w kuchni mojego mieszkania na warszawskim Mokotowie, a za oknem szarzeje listopadowy wieczór.

– Babciu, mogę już iść do pokoju? – pyta szeptem, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy.

– Oczywiście, skarbie. – Uśmiecham się, choć serce mi pęka. Zosia znika za drzwiami, a ja zostaję sama z własnymi myślami i narastającym niepokojem.

Jeszcze niedawno była radosną, pełną życia dwunastolatką. Uwielbiała rysować, śmiała się głośno i opowiadała mi o wszystkim. Teraz zamknęła się w sobie. Przestała jeść, przestała mówić. Kiedy przychodzi do mnie na weekendy, widzę tylko cień dawnej Zosi.

Wszystko zaczęło się zmieniać po rozwodzie mojej córki, Magdy. Jej mąż, Tomek, odszedł do innej kobiety i zostawił Magdę z dwiema córkami: Zosią i młodszą Hanią. Magda nigdy nie była łatwa w obyciu – zawsze miała trudny charakter, ale po rozstaniu stała się nerwowa, wybuchowa. Często krzyczy na dziewczynki, zwłaszcza na Zosię. Hania jest jej oczkiem w głowie – śliczna, wygadana siedmiolatka. Zosia zawsze była spokojniejsza, bardziej zamknięta w sobie.

Pewnego dnia, kiedy odbierałam Zosię ze szkoły, zauważyłam siniak na jej ramieniu.

– Skąd to masz? – zapytałam zaniepokojona.

Zosia spuściła wzrok.

– Przewróciłam się na WF-ie – odpowiedziała cicho.

Nie uwierzyłam jej. Zbyt dobrze znam te wymówki. Sama wychowywałam Magdę w czasach, kiedy nie mówiło się o przemocy domowej. Wiem, jak łatwo jest udawać, że wszystko jest w porządku.

Wieczorem zadzwoniłam do Magdy.

– Magda, musimy porozmawiać o Zosi. Ona… coś się z nią dzieje. Jest coraz chudsza, zamknięta w sobie. I ten siniak…

– Mamo, nie zaczynaj! – przerwała mi ostro. – Zosia jest trudna, cały czas się buntuje! Nie masz pojęcia, jak ciężko jest samej wychowywać dwie córki! Hania przynajmniej mnie słucha!

– Ale może powinnaś z kimś porozmawiać? Może psycholog…?

– Nie potrzebuję żadnych psychologów! – wrzasnęła Magda i rozłączyła się.

Zostałam z telefonem przy uchu i poczuciem bezsilności. Co mam zrobić? Jeśli zgłoszę sprawę do opieki społecznej, Magda nigdy mi tego nie wybaczy. Może nawet zabroni mi widywać wnuczki. Ale jeśli nic nie zrobię… co będzie z Zosią?

Kilka dni później Hania zadzwoniła do mnie sama.

– Babciu, Zosia płakała całą noc – powiedziała cicho do słuchawki. – Mama na nią krzyczała, bo dostała czwórkę z matematyki.

Czwórka! Za moich czasów to był powód do dumy!

Zaczęłam coraz częściej zapraszać Zosię do siebie pod pretekstem pomocy w nauce czy wspólnego gotowania. Próbowałam z nią rozmawiać.

– Zosiu, możesz mi powiedzieć wszystko. Wiesz o tym?

Milczała długo.

– Mama mnie nie lubi – wyszeptała w końcu. – Mówi, że jestem taka jak tata i że przez mnie on odszedł.

Poczułam wściekłość i rozpacz jednocześnie. Jak można mówić coś takiego własnemu dziecku?

Zosia zaczęła rysować coraz mroczniejsze obrazki: czarne drzewa bez liści, postacie bez twarzy. Pokazywała mi je ukradkiem.

– To ja – powiedziała kiedyś, wskazując na samotną postać stojącą pod deszczem.

Wiedziałam już wtedy, że muszę działać. Ale jak? Zadzwoniłam do mojego starego przyjaciela z liceum, pana Jerzego, który pracował kiedyś jako pedagog szkolny.

– Marysiu – powiedział poważnie – jeśli podejrzewasz przemoc psychiczną albo zaniedbanie, musisz to zgłosić. Nawet jeśli córka się obrazi. Dziecko jest najważniejsze.

Całą noc nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głos Magdy: „Nie masz pojęcia, jak ciężko jest samej!”

Następnego dnia pojechałam do szkoły Zosi i poprosiłam o rozmowę z wychowawczynią.

– Też zauważyliśmy zmianę w zachowaniu Zosi – przyznała pani Anna. – Jest wycofana, nie rozmawia z koleżankami. Ale nie mamy dowodów na zaniedbanie czy przemoc…

Wróciłam do domu jeszcze bardziej rozdarta. Czy naprawdę powinnam zgłosić sprawę? Czy to ja jestem winna temu wszystkiemu? Może gdybym lepiej wychowała Magdę… Może gdybym była bliżej nich po rozwodzie…

Tydzień później wydarzyło się coś przełomowego. Zosia przyszła do mnie wieczorem i rozpłakała się w moich ramionach.

– Babciu… ja już nie chcę tam wracać… Mama powiedziała, że lepiej by było, gdyby mnie nie było…

To był moment graniczny. Zadzwoniłam na Niebieską Linię i poprosiłam o poradę. Następnego dnia odwiedziła mnie pracownica opieki społecznej.

Magda dowiedziała się o wszystkim i przyszła do mnie wściekła jak burza.

– Jak mogłaś?! To moja rodzina! To moje dzieci! Chcesz mi je odebrać?!

Patrzyłam jej prosto w oczy ze łzami w oczach.

– Chcę tylko uratować Zosię… Nie mogę patrzeć, jak cierpi!

Magda wybiegła trzaskając drzwiami. Od tamtej pory nie odezwała się do mnie ani razu.

Zosia została u mnie na kilka tygodni pod opieką kuratora sądowego. Chodzi teraz na terapię. Powoli wraca jej uśmiech – choć blizny zostaną na długo.

Czasem patrzę na zdjęcia Magdy z dzieciństwa i zastanawiam się: gdzie popełniłam błąd? Czy miałam prawo ingerować? Czy uratowałam Zosię… czy tylko pogłębiłam rodzinną tragedię?

Czy wy bylibyście w stanie poświęcić relację z własnym dzieckiem dla dobra wnuczki? A może powinnam była milczeć?