Chłód za Drzwiami: Opowieść o Rodzinie, Która Nigdy Nie Była Moja
Drzwi zatrzasnęły się za mną z głuchym trzaskiem, a echo tego dźwięku odbiło się w mojej głowie jak wyrok. Stałam na klatce schodowej, z walizką w jednej ręce i bukietem tulipanów w drugiej, czując jak serce wali mi w piersi. Miałam trzydzieści dwa lata i po raz pierwszy od ślubu miałam spędzić Wielkanoc z rodziną męża. Wierzyłam, że to będzie początek czegoś nowego – może nie od razu bliskości, ale przynajmniej ciepła. Tymczasem już na starcie poczułam się jak nieproszony gość.
Mój mąż, Michał, próbował rozładować napięcie żartem:
– Spokojnie, Ola, mama zawsze tak robi. Musi się najpierw nastroić.
Ale ja widziałam przez szybę w drzwiach, jak teściowa – pani Zofia – patrzy na mnie z chłodnym dystansem. Obok niej stał teść, pan Marian, z gazetą pod pachą i miną człowieka, który wolałby być gdziekolwiek indziej. W końcu drzwi się otworzyły.
– No to weszliście – rzuciła Zofia bez uśmiechu. – Buty zdejmijcie, bo błoto.
Weszliśmy do środka. W powietrzu unosił się zapach gotowanej kapusty i smażonej kiełbasy, ale nie było w nim nic z domowego ciepła. Michał próbował zagadać ojca o mecz Lecha Poznań, ale Marian tylko mruknął coś pod nosem i wrócił do czytania gazety. Ja stałam w przedpokoju, tulipany wciąż ściskając w dłoni.
– To dla pani – powiedziałam nieśmiało, wręczając kwiaty teściowej.
Zofia spojrzała na nie tak, jakby wręczyłam jej wiązankę pogrzebową.
– A po co mi to? – spytała. – Wody nie mam w wazonie.
Poczułam, jak rumieniec wstydu rozlewa mi się po policzkach. Michał udawał, że tego nie słyszy. Przeszliśmy do salonu. Na stole leżał obrus w kratę i kilka talerzy – wszystko wyglądało jakby było przygotowane na szybko, bez serca. Próbowałam zagaić rozmowę:
– Piękny widok z okna macie…
– Jak ktoś lubi patrzeć na parking – przerwała mi Zofia.
Cisza była gęsta jak śmietana. Michał zaczął pomagać matce w kuchni, zostawiając mnie samą z Marianem. Próbowałam nawiązać kontakt:
– Panie Marianie, słyszałam, że lubi pan majsterkować…
– Kiedyś lubiłem – odburknął i odwrócił się do telewizora.
Wtedy weszła do pokoju siostra Michała – Justyna. Miała na sobie dres i spojrzała na mnie z wyższością:
– Ooo, Ola przyjechała. Myślałam, że nie dasz rady oderwać się od tej swojej pracy.
– Udało się – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
– No to ciekawe, czy coś pomożesz mamie, czy tylko będziesz siedzieć przy stole?
Zatkało mnie. W moim domu rodzinnym gość był świętością – mama zawsze powtarzała: „Gość w dom, Bóg w dom”. Tutaj czułam się jak intruz. Przez kolejne godziny próbowałam pomóc w kuchni, ale Zofia tylko warczała:
– Nie mieszaj mi w garnkach! Sama wiem najlepiej.
W końcu usiedliśmy do stołu. Michał próbował rozmawiać o planach na wakacje:
– Może pojedziemy razem nad morze?
Zofia spojrzała na niego jak na wariata:
– A po co? Ja mam swoje lata, a wy swoje życie.
Justyna dodała:
– Poza tym Ola pewnie by się nudziła z nami.
Czułam się coraz gorzej. Każde zdanie było jak szpilka. Nawet kiedy próbowałam pochwalić żurek:
– Bardzo dobry…
Zofia przerwała:
– Bo ja gotuję po polsku, nie tak jak teraz młodzi – wszystko z proszku.
Michał milczał. Widziałam po jego minie, że jest mu głupio, ale nie miał odwagi stanąć po mojej stronie. Po obiedzie Justyna zaczęła opowiadać o swoich dzieciach:
– A twoja córka to już chodzi do przedszkola? – spytała nagle.
– Tak, Hania bardzo lubi swoją panią…
– No ciekawe, czy będzie taka grzeczna jak moje wnuki – rzuciła Zofia.
Wtedy pękłam. Wstałam od stołu i wyszłam do łazienki pod pretekstem poprawienia makijażu. Zamknęłam drzwi i łzy same popłynęły mi po policzkach. Czułam się upokorzona, niechciana, obca. Przypomniałam sobie dom moich rodziców: gwar rozmów, śmiech dzieci, zapach ciasta drożdżowego… Tutaj była tylko cisza i chłód.
Wieczorem Michał zaproponował spacer:
– Chodźmy na chwilę na dwór, przewietrzymy się.
Szliśmy przez osiedle w milczeniu. W końcu nie wytrzymałam:
– Dlaczego oni mnie tak traktują? Co ja im zrobiłam?
Michał spuścił głowę:
– Oni są tacy dla wszystkich… Nawet dla mnie czasem.
– Ale przecież to twoja rodzina! – wybuchłam. – Czy naprawdę nie widzisz różnicy między tym a normalnym domem?
Michał wzruszył ramionami:
– Może ty za bardzo wszystko bierzesz do siebie?
Wróciliśmy do mieszkania teściów. Justyna już wychodziła:
– No to pa! Może następnym razem będzie weselej…
Zofia sprzątała stół z miną męczennicy:
– Zawsze trzeba po was sprzątać…
W nocy nie mogłam zasnąć. Michał spał obok spokojnie, a ja przewracałam się z boku na bok. Myśli kłębiły mi się w głowie: czy to ja jestem problemem? Czy można pokochać rodzinę męża taką, jaka jest? Czy powinnam walczyć o ich akceptację?
Rano podjęłam decyzję: więcej tu nie wrócę. Przynajmniej nie dopóki nie poczuję się tu mile widziana. Michał próbował mnie przekonać:
– Daj im czas…
Ale ja już wiedziałam swoje.
Dziś minął rok od tamtej Wielkanocy. Nasze relacje z Michałem są coraz bardziej napięte – on nie rozumie mojego bólu, ja nie potrafię zaakceptować jego obojętności wobec chłodu własnej rodziny. Czasem patrzę na niego i pytam siebie: czy można budować szczęście tam, gdzie nigdy nie będzie domu? Czy warto walczyć o ludzi, którzy nigdy nie chcieli cię przyjąć?
A wy? Czy spotkaliście się kiedyś z takim chłodem ze strony rodziny partnera? Jak sobie z tym poradziliście?