„Pieniądze już nie są moje: Moja walka o własne życie w polskiej rodzinie”
– Anna, nie przesadzaj, przecież to tylko pieniądze – głos Piotra odbijał się echem w ciasnej kuchni, gdzie pachniało jeszcze świeżo zaparzoną kawą. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni rachunek za prąd. Miałam ochotę nim rzucić. – To nie tylko pieniądze! – wybuchłam. – To moje życie, Piotr!
Spojrzał na mnie z irytacją, jakbym była dzieckiem domagającym się nowej zabawki. – Przecież tata lepiej się zna na finansach. Zawsze sobie radził. – Jego słowa były jak zimny prysznic. Od miesięcy czułam się coraz bardziej niewidzialna. Odkąd Piotr postanowił, że jego ojciec, pan Stanisław, będzie zarządzał naszymi pieniędzmi „dla naszego dobra”, wszystko się zmieniło.
Nie mogłam już swobodnie kupić nawet nowej bluzki czy książki dla naszej córki, Zosi. Każdy wydatek musiałam konsultować z teściem. Czułam się jak petentka we własnym domu. Najgorsze były te rozmowy przez telefon:
– Dzień dobry, panie Stanisławie… Tak, chciałam zapytać, czy mogę kupić Zosi buty na WF… Tak, wiem, że są drogie… Ale ona naprawdę ich potrzebuje… Dobrze, poczekam na decyzję.
Po każdej takiej rozmowie miałam ochotę krzyczeć. Ale nie krzyczałam. Zamykałam się w łazience i płakałam po cichu, żeby Zosia nie słyszała.
Zawsze byłam samodzielna. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum, kochałam swoją pracę i czułam się potrzebna. Ale po narodzinach Zosi postanowiliśmy z Piotrem, że przez kilka lat zostanę w domu. On zarabiał dobrze jako inżynier budowlany, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Na początku było dobrze. Piotr był czuły, wspierał mnie, a ja czułam się bezpieczna. Ale kiedy jego mama zmarła nagle na zawał, wszystko się posypało. Pan Stanisław zamieszkał z nami „na chwilę”, żeby nie był sam. Ta chwila trwała już dwa lata.
Z każdym miesiącem czułam się coraz bardziej obca we własnym domu. Pan Stanisław przejął kontrolę nad wszystkim – od tego, co jemy na obiad, po to, jakie programy oglądamy wieczorem w telewizji. Ale najgorsze było to, że Piotr mu na to pozwalał.
– On jest starszy, wie lepiej – powtarzał mi mąż za każdym razem, gdy próbowałam protestować.
Zaczęłam się wycofywać. Przestałam zapraszać przyjaciółki, bo wstydziłam się przyznać do tego, co dzieje się w moim domu. Mama dzwoniła coraz rzadziej – wyczuwała mój dystans i smutek w głosie.
Pewnego dnia Zosia wróciła ze szkoły i rzuciła plecak na podłogę:
– Mamo, dlaczego dziadek zawsze mówi ci, co masz robić?
Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież dzieci widzą więcej niż nam się wydaje.
Wieczorem usiadłam przy stole z Piotrem.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.
– O czym znowu? – westchnął ciężko.
– O nas. O tym, że nie mogę już tak żyć. Czuję się jak niewolnica we własnym domu.
Piotr spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Przesadzasz! Tata chce tylko naszego dobra.
– A co z moim dobrem? Co z moimi uczuciami? – łzy napłynęły mi do oczu.
– Anna… ja nie wiem, o co ci chodzi…
Wstałam od stołu i wyszłam na balkon. Noc była chłodna, ale nie czułam zimna. Patrzyłam na światła miasta i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Kasia – moja dawna koleżanka z pracy.
– Anka, co się z tobą dzieje? Zniknęłaś!
Zaczęłam płakać do słuchawki. Opowiedziałam jej wszystko – o Piotrze, o teściu, o tym, jak bardzo czuję się bezradna.
– Musisz coś zrobić – powiedziała stanowczo Kasia. – To przemoc ekonomiczna! Nie możesz pozwolić im sobą rządzić.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Przemoc ekonomiczna… Nigdy tak o tym nie myślałam.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i poszłam do Piotra:
– Albo coś zmienimy, albo odejdę.
Spojrzał na mnie przerażony:
– Anna… przecież ty nie masz dokąd pójść!
– Mam mamę. Mam przyjaciółki. Mam siebie! – pierwszy raz od dawna poczułam siłę w swoim głosie.
Następne dni były pełne napięcia i milczenia. Pan Stanisław chodził po domu jak pawian obrażony na cały świat. Piotr próbował mnie przekonać do zmiany zdania:
– Przecież tata już stary… Nie możemy go zostawić samego…
Ale ja byłam nieugięta.
W końcu Piotr zgodził się na rozmowę z ojcem. Było ciężko – krzyki, pretensje, łzy. Ale postawiłam sprawę jasno: chcę wrócić do pracy i mieć własne konto bankowe. Chcę decydować o swoim życiu.
Minęły trzy miesiące. Pan Stanisław wyprowadził się do siostry w Łodzi. Ja wróciłam do szkoły i znów uczę polskiego. Zosia jest szczęśliwsza – widzę to w jej oczach.
Piotr? Nadal uczymy się być razem na nowych zasadach. Nie jest łatwo odbudować zaufanie po tym wszystkim.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: ile jeszcze kobiet żyje tak jak ja? Ile z nas boi się powiedzieć: dość? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a własnym szczęściem?
Może ktoś z was zna odpowiedź?