„Nie jestem służącą, jestem matką. Historia Beaty, która odzyskała swoją godność i rodzinę”
– Beato, nie zapomnij podgrzać wczorajszego bigosu. Lodówka działa, nie marnuj prądu – przeczytałam wiadomość od synowej, siedząc samotnie przy kuchennym stole. Była 21:30, a ja patrzyłam na stygnącą zupę instant, której nawet nie miałam ochoty jeść. Dom pachniał płynem do podłóg i samotnością. Przez cały dzień sprzątałam każdy kąt, prasowałam koszule syna, składałam ubrania wnuków. Moje ręce wciąż pachniały chlorem.
Wiedziałam, że dziś świętują awans Magdy – mojej synowej – w restauracji na Nowym Świecie. Syn, wnuki, jej rodzina, nawet jej matka z Radomia. Wszyscy. Tylko mnie nie zaproszono. Przez chwilę łudziłam się, że może to pomyłka, że zaraz zadzwoni telefon: „Mamo, przyjeżdżaj, czekamy na Ciebie”. Ale nie. Zamiast tego – suchy SMS o bigosie.
Otworzyłam Instagram. Nie powinnam była tego robić, ale zrobiłam. Zdjęcia: mój syn Tomek w białej koszuli, którą prasowałam rano. Magda w czerwonej sukience, uśmiechnięta jakby świat należał do niej. Wnuki – Zuzia i Staś – jedzą krewetki i robią śmieszne miny do aparatu. Podpis: „Świętujemy awans mojej królowej! Kobiety mogą wszystko!” 237 polubień w 20 minut. Zamknęłam aplikację i poczułam, jak coś we mnie pęka – cicho, bez łez, bez krzyku. Jak porcelanowa filiżanka spadająca na dywan.
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Zalał mnie lodowaty spokój. Wstałam powoli i poszłam do sypialni. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam walizkę – tę samą, którą zabrałam na ostatnie wakacje z mężem do Zakopanego. Bo oni nie wiedzieli jednego: od miesięcy przygotowywałam się na ten moment.
Trzy lata temu pochowałam męża – Andrzeja. Rak trzustki zabrał go w pół roku. Zostałam sama w naszym mieszkaniu na Ochocie – tym z balkonem pełnym pelargonii i śladami dziecięcych rąk na ścianach. Po pogrzebie cisza była nie do zniesienia.
Tomek przyszedł dwa tygodnie później z Magdą. Piliśmy kawę w kuchni.
– Mamo… Szukamy z Magdą większego mieszkania dla dzieci. Ceny są kosmiczne…
– Ile wam brakuje? – zapytałam od razu.
– Jeśli sprzedałabyś mieszkanie… Mogłabyś zamieszkać z nami. Dzieci cię uwielbiają…
Magda uśmiechnęła się słodko:
– Byłoby idealnie, mamo Beato. Pomogłabyś nam z dziećmi…
Sprzedałam mieszkanie za 900 tysięcy złotych. 500 tysięcy dałam Tomkowi na wkład własny do nowego domu pod Warszawą. Resztę trzymałam na koncie – „na czarną godzinę”. Ale nie wpisałam się do aktu własności nowego domu – Tomek mówił: „To niepotrzebne komplikacje”. Uwierzyłam.
Nowy dom był duży, nowoczesny, zimny. Trzy sypialnie, dwie łazienki, garaż na dwa auta. Przez pierwsze miesiące wstawałam o piątej rano: parzyłam kawę taką jak Tomek lubi – mocną z cynamonem; robiłam śniadania; zaplatałam Zuzi warkocze; odprowadzałam dzieci do szkoły; sprzątałam; gotowałam obiady; prałam; prasowałam; robiłam zakupy.
Magda wychodziła o 7:30 – zawsze perfekcyjna, pachnąca drogimi perfumami. Rzadko patrzyła mi w oczy. Tomek wychodził pół godziny później – czasem całował mnie w czoło, czasem tylko rzucał „dzięki”.
Zostawałam sama w domu – sprzątałam po wszystkich, gotowałam obiady na dwa dni naprzód, dbałam o wszystko. Magda po powrocie sprawdzała każdy kąt: przesuwała palcem po półkach; otwierała lodówkę; marszczyła brwi jeśli coś nie było na swoim miejscu.
– Mamo Beato, lustro jest brudne.
– Mamo Beato, ubrania Stasia źle wyprasowane.
– Mamo Beato, za dużo proszku do prania – to drogie!
Nigdy „Beato”, nigdy „mamo”, tylko „mamo Beato” – jakby to był etat.
Dzieci mnie kochały naprawdę – Staś rzucał mi się na szyję po szkole; Zuzia zasypiała na moich kolanach podczas czytania bajek. Ale Magda patrzyła wtedy na mnie twardo.
Pewnego dnia Zuzia powiedziała przy niej:
– Babciu, kocham cię bardziej niż mamę!
Tej nocy słyszałam kłótnię za ścianą:
– Twoja matka rozpuszcza dzieci! Wpycha im głupoty do głowy!
– To moja mama, Magda…
– Twoja mama czy darmowa pomoc domowa?
Cisza.
Tomek nie odpowiedział nic.
Z czasem upokorzenia stawały się coraz bardziej subtelne i codzienne: Magda organizowała rodzinne kolacje i zapominała mnie powiadomić; przedstawiała mnie swoim znajomym jako „mamę Tomka, która pomaga w domu”; przestała mnie uwzględniać na zdjęciach rodzinnych; na Wigilii poprosiła mnie o zrobienie zdjęcia całej rodzinie przy choince – ja stałam za aparatem.
Czułam się coraz bardziej niewidzialna – jak duch krzątający się po domu.
Ale wszystko zmieniło się tej marcowej nocy po wiadomości o bigosie.
Weszłam do pokoju dzieci i spojrzałam na ich śpiące twarze. Zastanawiałam się: czy zostawić list? Czy po prostu odejść?
Wróciłam do sypialni i wyciągnęłam z szafy teczkę z dokumentami: wszystkie przelewy na dom; paragony za sprzęty AGD; rachunki za remonty; notatki o wydatkach na wnuki; kopię aktu własności starego mieszkania; wydrukowane wiadomości od Magdy z poleceniami jak dla służącej.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do mojej siostrzenicy Agaty – prawniczki:
– Agata… Potrzebuję twojej pomocy…
– Ciociu? Co się stało?
– Chcę odzyskać swoje życie…
Umówiłyśmy się następnego dnia w kancelarii.
Potem zadzwoniłam do sąsiadki – pani Hani:
– Masz jeszcze wolny pokój do wynajęcia?
– Dla ciebie zawsze! Co się stało?
– Muszę się wyprowadzić…
Spakowałam walizkę: kilka ubrań, zdjęcia Andrzeja, różaniec od mamy, książki kucharskie i albumy rodzinne.
Napisałam krótki list:
„Tomku,
Przez trzy lata byłam tu niewidzialna. Gotowałam, sprzątałam, opiekowałam się dziećmi i płaciłam rachunki. Dziś postanowiłam odejść. W teczce znajdziesz dokumenty dotyczące domu i moich inwestycji. Nie jestem służącą. Jestem twoją matką.”
Zostawiłam list na stole i wyszłam cicho z domu.
Następnego dnia spotkałyśmy się z Agatą u notariusza:
– Ciociu, masz wszystkie dowody: przelewy, paragony… Dom formalnie należy do Tomka i Magdy tylko dlatego, że im zaufałaś. Ale masz prawo żądać zwrotu wkładu lub części własności!
Podpisałyśmy pełnomocnictwo.
Tymczasem w domu wybuchła panika: Tomek dzwonił bez przerwy; Magda pisała SMS-y („Mamo Beato! To nieporozumienie!”); dzieci płakały („Babciu! Gdzie jesteś?”). Nie odpowiadałam.
Przez kolejne dni rozeszło się po rodzinie i sąsiadach co się stało. Dzwoniła moja siostra:
– Beato! Co ty wyprawiasz?!
– Ratuję siebie przed upokorzeniem.
Po tygodniu przyszło wezwanie od prawnika: żądanie zwrotu wkładu lub podziału majątku.
Tomek przyszedł do mnie osobiście:
– Mamo… Przepraszam… Nie wiedziałem…
– Nie chciałeś wiedzieć – odpowiedziałam spokojnie.
Magda płakała:
– Proszę… Nie rób nam tego…
– Zrobiłaś to sobie sama – odpowiedziałam.
Sprawa ciągnęła się miesiącami. W końcu doszło do ugody: odzyskałam połowę wartości domu oraz prawo do kontaktów z wnukami bez udziału Magdy.
Przeprowadziłam się do małego mieszkania na Ochocie – sama urządziłam je według własnych upodobań. Zaczęłam chodzić na zajęcia dla seniorów; spotykać się z koleżankami; piec ciasta dla sąsiadów; czytać książki bez poczucia winy.
Po roku Tomek przyszedł z dziećmi:
– Mamo… Przepraszam za wszystko…
Przytulił mnie pierwszy raz od lat tak naprawdę.
Magda napisała list:
„Beato,
dziękuję za lekcję pokory. Pracuję nad sobą.”
Dziś mam 69 lat i czuję się wolna jak nigdy wcześniej.
Czasem pytam siebie: ile kobiet jeszcze musi przeżyć to samo? Ile matek pozwala siebie wykorzystywać w imię fałszywej rodziny? Czy naprawdę musimy być niewidzialne aż do końca?
A Wy? Czy znacie podobne historie? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto walczyć o siebie nawet wtedy, gdy wszyscy oczekują milczenia?