„Nigdy nie byłam prawdziwą babcią – czy to naprawdę moja wina?” Poruszająca spowiedź polskiej teściowej
– Mamo, możesz przyjść jutro na dziewiątą? – głos mojego syna, Piotra, drżał lekko, jakby bał się mojej odpowiedzi. Stałam przy kuchennym stole, ścierając okruchy po samotnym śniadaniu. Przez okno wpadało blade światło listopadowego poranka, a ja poczułam, jak serce ściska mi się w piersi.
– A co się stało? – zapytałam ostrożnie, choć przeczuwałam odpowiedź.
– Kasia wraca do pracy. Potrzebujemy kogoś do Zosi. Przedszkole jest zamknięte przez remont, a niania zachorowała. – Westchnął ciężko. – Wiem, że nie byłaś z nami blisko…
Nie byłam z nimi blisko. To prawda. Sześć lat temu, kiedy urodziła się Zosia, czułam się jak intruz. Kasia – moja synowa – od początku dawała mi do zrozumienia, że nie potrzebuje mojej pomocy. Wszystko robiła sama: kąpała małą, przewijała, karmiła. Ja mogłam co najwyżej popatrzeć z boku i podać pieluchę. Kiedy próbowałam doradzić, słyszałam tylko: „Dziękuję, poradzimy sobie”.
Z czasem przestałam się narzucać. Przestałam dzwonić codziennie, przynosić domowe ciasta i pytać, czy czegoś nie potrzeba. Zajęłam się swoim życiem – ogródkiem, książkami, spotkaniami z koleżankami z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Ale za każdym razem, gdy widziałam Zosię na rodzinnych spotkaniach, czułam ukłucie żalu. Patrzyła na mnie jak na obcą osobę.
Teraz nagle jestem potrzebna. Teraz mam być babcią na zawołanie.
– Oczywiście, przyjdę – odpowiedziałam po chwili ciszy. – Dla Zosi zrobię wszystko.
Następnego dnia stanęłam pod ich drzwiami z torbą pełną książek i domowych ciasteczek. Otworzyła mi Kasia. Uśmiechnęła się uprzejmie, ale w jej oczach widziałam zmęczenie i rezerwę.
– Dzień dobry, pani Aniu – powiedziała chłodno. – Zosia jeszcze śpi. Kawa?
– Chętnie – odpowiedziałam, choć wiedziałam, że to będzie kawa pełna niezręczności.
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Kasia przeglądała coś w telefonie, ja patrzyłam na zdjęcia Zosi na lodówce. Mała z uśmiechem od ucha do ucha, w kolorowych sukienkach. Na żadnym zdjęciu nie było mnie.
– Wie pani… – zaczęła Kasia nagle. – Wiem, że nie zawsze było łatwo. Ale teraz naprawdę potrzebujemy pomocy.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Chciałabym tylko… mieć szansę być bliżej Zosi.
Nie odpowiedziała. Wstała i wyszła do sypialni.
Zosia obudziła się chwilę później. Przyszła do kuchni w piżamce w misie i spojrzała na mnie niepewnie.
– Cześć, Zosiu – powiedziałam miękko. – Pamiętasz mnie?
Wzruszyła ramionami.
– Babcia Ania – podpowiedziała Kasia zza drzwi.
Przez cały dzień próbowałam nawiązać kontakt z wnuczką. Czytałam jej bajki, układałyśmy puzzle, piekłyśmy razem ciasteczka. Ale Zosia była ostrożna, jakby bała się zaufać komuś nowemu.
Wieczorem Piotr wrócił z pracy. Usiadł obok mnie na kanapie i spojrzał mi w oczy.
– Mamo… Przepraszam za wszystko. Wiem, że nie było ci łatwo.
Poczułam łzy pod powiekami.
– To nie twoja wina – szepnęłam. – Po prostu… chciałam być częścią waszego życia.
Piotr objął mnie mocno.
Przez kolejne tygodnie opiekowałam się Zosią codziennie. Powoli zaczęłyśmy się zaprzyjaźniać. Mała coraz częściej przychodziła do mnie po radę, przytulała się przed snem. Ale relacja z Kasią pozostawała chłodna.
Pewnego dnia usłyszałam przez przypadek rozmowę Kasi z jej matką przez telefon:
– Mama Piotra jest okej… Ale czasem mam wrażenie, że chce wszystko robić po swojemu. Boję się, że będzie mieszać się do wychowania Zosi.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałabym przyznać. Przecież nigdy nie chciałam nikomu nic narzucać! Chciałam tylko być obecna.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i zapytałam Kasię wprost:
– Czy naprawdę uważasz mnie za zagrożenie? Czy nie mogłybyśmy spróbować być rodziną?
Spojrzała na mnie długo i ciężko westchnęła.
– Pani Aniu… Ja po prostu boję się stracić kontrolę nad tym, co dla mnie najważniejsze. Nad moją córką.
Zrozumiałam wtedy coś ważnego: każda z nas bała się czegoś innego. Ja bałam się samotności i odrzucenia; ona – utraty wpływu na własne dziecko.
Od tamtej rozmowy zaczęłyśmy powoli budować mosty zamiast murów. Nie było łatwo – czasem kłóciłyśmy się o drobiazgi: o to, co Zosia powinna jeść na śniadanie albo ile czasu może spędzać przed telewizorem. Ale coraz częściej potrafiłyśmy rozmawiać bez pretensji i żalu.
Dziś wiem jedno: rodzina to nie jest coś oczywistego ani dane raz na zawsze. To codzienny wysiłek i kompromis. Czasem trzeba przełknąć dumę i zrobić pierwszy krok, nawet jeśli boli.
Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była bardziej cierpliwa albo mniej dumna, byłabym dziś bliżej mojej wnuczki? A może to po prostu los każdej teściowej w Polsce?