Kiedy telefon od własnej córki boli bardziej niż cisza: Moja opowieść o miłości, rozczarowaniu i nadziei

– Mamo, pożyczysz mi jeszcze te pięćset złotych? – Jej głos w słuchawce był chłodny, niemal obojętny. Siedziałam przy kuchennym stole, wpatrując się w kubek zimnej herbaty, a serce ściskało mi się z bólu. Znowu. Znowu nie zadzwoniła, żeby zapytać, jak się czuję, co u mnie słychać, czy nie potrzebuję pomocy. Znowu chodziło tylko o pieniądze.

– Kasiu, już ostatnio mówiłam ci, że nie mam… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi natychmiast.

– Wiem, wiem, zawsze nie masz. Ale przecież masz emeryturę! – Jej ton był zirytowany, jakby rozmawiała z upartym dzieckiem.

Poczułam łzy pod powiekami. Nie chciałam płakać, nie przy niej. Nie chciałam być słaba. Ale ile razy można udawać silną, kiedy własna córka traktuje cię jak bankomat?

Kiedyś było inaczej. Pamiętam małą Kasię, która tuliła się do mnie w nocy po burzy i szeptała: „Mamusiu, boję się”. Pamiętam jej śmiech na placu zabaw, jej dumę, gdy nauczyła się jeździć na rowerze. Byłam wtedy całym jej światem. A teraz? Teraz jestem tylko numerem w telefonie, do którego dzwoni się w potrzebie.

Mój mąż, Andrzej, odszedł pięć lat temu. Zostawił mnie samą z dorosłą już córką i pustką w sercu. Kasia miała wtedy dwadzieścia trzy lata i właśnie zaczynała studia w Warszawie. Byłam z niej taka dumna! Wierzyłam, że nasza więź przetrwa wszystko – nawet odległość, nawet dorosłość. Ale im dłużej mieszkała w stolicy, tym rzadziej dzwoniła. A kiedy już dzwoniła, coraz częściej chodziło o pieniądze.

– Mamo, muszę zapłacić za akademik.
– Mamo, nie starcza mi na jedzenie.
– Mamo, zgubiłam portfel.

Zawsze dawałam jej tyle, ile mogłam. Odkładałam na boku swoje potrzeby – nowe buty, wizytę u dentysty – byle tylko jej pomóc. Przecież to moja córka! Ale z czasem zaczęłam czuć się coraz bardziej wykorzystywana. Każda rozmowa była transakcją: ona prosiła, ja dawałam. A potem znowu cisza na tygodnie.

Ostatnio próbowałam to zmienić.

– Kasiu, może przyjedziesz do mnie na weekend? Upiekę twoje ulubione ciasto z rabarbarem.

– Nie mam czasu, mamo. Praca, znajomi… Może innym razem.

Innym razem nigdy nie nadchodziło.

Wczoraj zadzwoniła sąsiadka z naprzeciwka.

– Pani Zosiu, widziałam panią ostatnio smutną. Wszystko w porządku?

Chciałam odpowiedzieć: „Tak, wszystko dobrze”, ale głos uwiązł mi w gardle. Czy wszystko było dobrze? Czy bycie matką to tylko dawanie i czekanie na ochłapy uwagi?

Wieczorem długo siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Próbowałam przypomnieć sobie moment, kiedy coś się zepsuło między mną a Kasią. Czy to moja wina? Może za bardzo ją rozpieszczałam? Może za mało wymagałam? Może powinnam była być bardziej stanowcza?

W nocy śnił mi się Andrzej. Stał w drzwiach kuchni i patrzył na mnie tym swoim łagodnym wzrokiem.

– Zosiu, musisz być silna – powiedział cicho. – Kasia cię kocha, tylko pogubiła się w tym świecie.

Obudziłam się z mokrymi policzkami. Może miał rację? Może Kasia naprawdę mnie kocha, tylko nie potrafi tego okazać?

Dziś rano zadzwonił telefon. Znowu ona.

– Mamo… przepraszam za wczoraj – powiedziała cicho. – Wiem, że rzadko dzwonię tak po prostu… Ale czasem czuję się taka samotna w tym mieście. Wszyscy czegoś ode mnie chcą. Ty przynajmniej zawsze jesteś.

Zaniemówiłam. Przez chwilę milczałyśmy obie.

– Kasiu… ja też czuję się samotna – wyszeptałam w końcu. – Chciałabym czasem usłyszeć od ciebie coś więcej niż tylko prośbę o pieniądze.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Wiem… Przepraszam – odpowiedziała po chwili. – Spróbuję to zmienić.

Nie wiem, czy coś się zmieni. Nie wiem, czy kiedykolwiek odzyskam tę bliskość sprzed lat. Ale pierwszy raz od dawna poczułam cień nadziei.

Czasem myślę: czy matka może przestać kochać swoje dziecko? Czy można nauczyć się żyć z rozczarowaniem i samotnością? A może warto walczyć o tę miłość do końca?