Między grobem ojca a mężem: Historia utraconej córki, która przestała wracać do domu
— Zuzanno, czy naprawdę nie możesz przyjechać? — mój głos drżał, gdy ściskałam telefon w dłoni. W kuchni pachniało świeżo zaparzoną kawą, a na stole leżały dwie filiżanki — jedna dla mnie, druga dla niej. Tak jak co roku, od śmierci mojego męża, jej ojca. Ale tym razem Zuzanna nawet nie próbowała udawać, że jej zależy.
— Mamo, przecież wiesz, że Paweł nie czuje się tu dobrze. Poza tym mamy swoje sprawy — odpowiedziała chłodno. Jej głos był obcy, jakby mówiła do mnie przez szybę. — Może wpadnę za tydzień.
Za tydzień? Jakby rocznica śmierci ojca mogła poczekać. Jakby wspomnienia i żal można było przełożyć na inny termin. Oparłam się o blat i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę chciałam krzyknąć: „Zuzanno, co się z tobą stało?!” Ale połknęłam słowa. Bałam się, że jeśli powiem za dużo, stracę ją na zawsze.
Kiedyś byłyśmy nierozłączne. Po śmierci męża to ona była moją podporą. Siedziałyśmy razem wieczorami, rozmawiałyśmy o wszystkim — o jej studiach, o pracy w szkole, o planach na przyszłość. Była czuła, troskliwa, zawsze gotowa pomóc. Nawet gdy poznała Pawła, wydawało mi się, że nic się nie zmieni. Był miły, uprzejmy, choć trochę zamknięty w sobie. Ale potem zaczęły się drobne sygnały.
Najpierw coraz rzadziej dzwoniła. Potem przestała przyjeżdżać na niedzielne obiady. „Paweł nie lubi rodzinnych spotkań”, tłumaczyła się. „Jest zmęczony po pracy.” Próbowałam zrozumieć — młodzi mają swoje życie, swoje sprawy. Ale kiedy nie przyszła na Wigilię, poczułam pierwszy raz prawdziwy lęk.
— Zuzanno, tata by się ucieszył, gdybyś przyszła — powiedziałam wtedy cicho przez telefon.
— Mamo, Paweł nie chce jechać do was. Poza tym… nie rozumiesz, że mam już swoją rodzinę?
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. „Swoją rodzinę” — jakbyśmy my już nią nie byli.
W tym roku rocznica śmierci męża przypadła w piątek. Przygotowałam wszystko jak zawsze: jego ulubione ciasto drożdżowe z kruszonką, świeże kwiaty na stole, zdjęcie w ramce. Czekałam na nią do późna, choć wiedziałam już po rozmowie rano, że nie przyjedzie. W końcu usiadłam sama przy stole i zaczęłam mówić do zdjęcia męża:
— Widzisz? Nasza Zuzanna już nie jest taka jak dawniej…
Wtedy zadzwonił telefon. To była moja siostra, Teresa.
— Iza, musisz coś zrobić — powiedziała bez ogródek. — Nie możesz pozwolić, żeby ten Paweł całkiem ją odciął od rodziny.
— Ale co mam zrobić? — zapytałam bezradnie. — Przecież nie mogę jej zmusić…
— Porozmawiaj z nią szczerze. Powiedz jej, co czujesz. Może ona nawet nie wie, jak bardzo cię rani.
Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Wspominałam czasy, gdy Zuzanna była małą dziewczynką i tuliła się do mnie po koszmarach sennych. Gdy razem piekłyśmy pierniki na święta i śmiałyśmy się do łez. Gdzie podziała się ta bliskość?
Następnego dnia postanowiłam pojechać do niej bez zapowiedzi. Serce waliło mi jak młotem, gdy stałam pod jej blokiem na warszawskim Ursynowie. Zadzwoniłam domofonem.
— Kto tam? — usłyszałam głos Pawła.
— To ja… Iza… mama Zuzanny.
Chwila ciszy.
— Zuzanna jest zajęta — odpowiedział chłodno.
— Proszę… tylko na chwilę…
W końcu drzwi się otworzyły. Weszłam do mieszkania i zobaczyłam córkę siedzącą przy komputerze. Wyglądała na zmęczoną i rozdrażnioną.
— Mamo, co ty tu robisz? — zapytała z wyrzutem.
— Musiałam cię zobaczyć… Muszę z tobą porozmawiać.
Paweł wszedł do kuchni i zaczął głośno myć naczynia.
— Zuzanno… czuję się tak, jakbyś mnie zostawiła. Jakbyś zapomniała o nas… o tacie…
Zuzanna spuściła wzrok.
— Mamo… ja po prostu chcę mieć spokój. Paweł nie lubi tych wszystkich rodzinnych spraw…
— A ty? Ty też już nas nie lubisz?
Milczała przez dłuższą chwilę.
— Nie wiem… Czasem mam wrażenie, że wszystko mnie przytłacza. Że muszę wybierać między wami a Pawłem…
Poczułam nagle złość.
— Ale to nie jest wybór! Jesteśmy twoją rodziną! Twój tata…
Wtedy Paweł wszedł do pokoju.
— Może już wystarczy tych wyrzutów? — powiedział ostro.
Spojrzałam na córkę. Była blada i spięta.
— Zuzanno… ja tylko chcę wiedzieć, czy jeszcze ci na nas zależy…
Nie odpowiedziała. Wyszłam z mieszkania z ciężkim sercem.
Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Zuzanna nie zadzwoniła ani razu. Ja też nie miałam odwagi zadzwonić pierwsza. Każdego dnia patrzę na jej zdjęcie i zastanawiam się: czy zrobiłam coś źle? Czy mogłam być lepszą matką? Czy to Paweł ją ode mnie odciągnął… czy może ona sama chciała odejść?
Czasem myślę: może powinnam pozwolić jej żyć własnym życiem i przestać walczyć o coś, co już dawno straciłam? Ale potem przypominam sobie jej dziecięcy śmiech i czułość w oczach…
Czy naprawdę można stracić własne dziecko na zawsze? A może jeszcze jest nadzieja?
Może ktoś z was wie, jak odzyskać córkę? Czy powinnam walczyć dalej czy pozwolić jej odejść?