Nigdy nie będziemy rodziną – historia Kasi i jej teściowej
– Nie martw się, wciąż zdążę znaleźć synowi odpowiednią dziewczynę! – usłyszałam, gdy w kuchni kroiłam marchewkę na rosół. Zamarłam z nożem w ręku, a palce zaczęły mi drżeć. To nie był żart. W głosie pani Marii, mojej teściowej, nie było ani krztyny ironii. Spojrzała na mnie z góry, jakby chciała powiedzieć: „Ty tu jesteś tylko na chwilę”.
W tamtym momencie zrozumiałam, że nigdy nie będziemy rodziną. Że cokolwiek zrobię, zawsze będę tą obcą. Przypomniałam sobie dzień ślubu z Bartkiem – byłam taka szczęśliwa, pełna nadziei. Wierzyłam, że czas uleczy rany, że z panią Marią się dogadamy. Wiedziałam, że jest trudna, że lubi rządzić, ale przecież kochałam jej syna. Myślałam: „Może wystarczy cierpliwość?”
Ale życie szybko zweryfikowało moje złudzenia. Od początku czułam się jak intruz. Pani Maria przychodziła do nas bez zapowiedzi, przestawiała meble, krytykowała moje gotowanie. – U nas w domu zawsze robiło się bigos inaczej – powtarzała z naciskiem. Bartek próbował mnie pocieszać: – Daj jej czas, ona tak ma. Ale ile można czekać?
Najgorsze były święta. Pamiętam pierwszą Wigilię po ślubie. Chciałam zrobić wszystko sama, żeby pokazać, że potrafię stworzyć dom. Ugotowałam barszcz, ulepiłam pierogi, upiekłam sernik według przepisu mojej mamy. Pani Maria weszła do kuchni, rozejrzała się i powiedziała: – No cóż, zobaczymy, czy Bartek to przeżyje.
Bartek śmiał się nerwowo, a ja czułam łzy pod powiekami. Po kolacji usłyszałam od niej szeptem: – Następnym razem lepiej zamów catering.
Próbowałam rozmawiać z Bartkiem o tym, co czuję. – Kochanie, ona po prostu nie umie inaczej – tłumaczył. – Jest samotna od śmierci taty, nie potrafi odpuścić kontroli.
Ale ja czułam się coraz bardziej osaczona. Każda moja decyzja była kwestionowana. Gdy zaszłam w ciążę, pani Maria zaczęła planować nasze życie za nas. – Pokój dla dziecka powinien być po lewej stronie mieszkania – mówiła stanowczo. – A imię? Najlepiej Janek, po dziadku.
Bartek milczał albo przytakiwał. Czułam się coraz bardziej samotna w tym małżeństwie.
Najbardziej bolało mnie to jedno zdanie: „Wciąż zdążę znaleźć synowi odpowiednią dziewczynę”. Jakby czekała tylko na moment mojego potknięcia.
Z czasem zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Udawałam bóle głowy, wyjazdy służbowe. Bartek nie rozumiał: – Przesadzasz, mama nie jest taka zła.
Ale on nie słyszał tych wszystkich drobnych uwag, nie widział spojrzeń pełnych pogardy. Nie czuł tego ciężaru na sercu.
Pewnego dnia przyszła do nas bez zapowiedzi i zaczęła przeglądać nasze szafy. – O, widzę, że Kasia znowu kupiła coś niepotrzebnego – rzuciła do Bartka. – Może powinnaś nauczyć się oszczędzać? Wtedy Bartek wybuchł: – Mamo, dość! To nasze życie!
Pani Maria obraziła się na dwa tygodnie. Myślałam wtedy: „Może teraz coś się zmieni?” Ale wróciła ze zdwojoną siłą.
Kiedy urodził się nasz syn Michałek, przez chwilę miałam nadzieję na nowy początek. Pani Maria była zachwycona wnukiem… ale szybko zaczęła mnie pouczać: – Nie tak się przewija dziecko! Nie tak się karmi! Moja koleżanka Zosia mówiła…
Czułam się coraz gorzej psychicznie. Zaczęłam mieć problemy ze snem, płakałam po nocach. Bartek był coraz bardziej zmęczony naszymi kłótniami.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem w kuchni. – Kasia, ja już nie wiem co robić… Kocham cię i chcę być z tobą, ale nie mogę zerwać kontaktu z mamą.
– A ja nie mogę żyć w ciągłym napięciu! – wybuchłam.
Zaczęliśmy rozważać terapię małżeńską. Bartek zgodził się pójść ze mną do psychologa. Tam po raz pierwszy powiedziałam głośno: – Czuję się niewidzialna w tej rodzinie.
Psycholog zaproponował rozmowę z panią Marią. Przyszła niechętnie.
– Ja tylko chcę dobrze dla Bartka! – broniła się teściowa.
– Ale czy ktoś pytał mnie o zdanie? Czy ktoś zapytał Kasię? – zapytał psycholog.
Pani Maria milczała przez dłuższą chwilę.
Po tej rozmowie coś się zmieniło… ale tylko na chwilę. Pani Maria była bardziej powściągliwa przez kilka tygodni, potem wszystko wróciło do normy.
Dziś mija pięć lat od naszego ślubu. Michałek ma trzy lata i coraz częściej pyta: – Mamo, dlaczego babcia jest smutna?
Nie wiem co odpowiedzieć.
Czasem myślę o rozwodzie. Czasem marzę o tym, żeby wyjechać daleko i zacząć wszystko od nowa. Ale kocham Bartka i wiem, że on też cierpi.
Czy można być szczęśliwym w cieniu takiej teściowej? Czy rodzina to zawsze wybór między sobą a innymi? Może kiedyś znajdę odpowiedź…