„Usłyszałam od siostry, że jestem niewdzięczna, bo nie chciałam już codziennie jeździć do mamy. A ja od miesięcy ledwo dawałam radę i nikt tego nie widział”
„To ty zawsze byłaś bardziej ogarnięta, więc nie rób teraz z siebie ofiary” — to usłyszałam od siostry przez telefon, kiedy powiedziałam, że w tym tygodniu nie dam rady codziennie jeździć do mamy.
A ja wtedy stałam na parkingu pod Biedronką, po nocce, niewyspana, z siatką zakupów i miałam ochotę po prostu usiąść na krawężniku i się rozpłakać.
Mama po operacji biodra wróciła do domu trzy miesiące temu. Mieszka sama w bloku z wielkiej płyty na drugim końcu miasta. Na początku wszyscy byli zgodni, że „trzeba się podzielić”. Ja, siostra i brat. W praktyce wyszło tak, że brat „wpadał, jak mógł”, siostra miała małe dziecko i pracę zdalną, więc też „nie zawsze mogła”, a ja mam etat w aptece, samochód i podobno najwięcej cierpliwości. Więc zaczęło się niewinnie: po pracy podrzucić obiad, wykupić receptę, zawieźć do poradni, ogarnąć ZUS, zadzwonić do przychodni, sprawdzić wyniki na Internetowym Koncie Pacjenta, posiedzieć chwilę, bo mama się boi zostać sama wieczorem.
Tyle że z „chwili” robiły się trzy godziny. Z jednego kursu dziennie — dwa albo trzy. Jak mama dzwoniła o 21:30, że nie może znaleźć okularów albo że „serce jej dziwnie bije”, to jechałam. Nawet jak byłam po całym dniu na nogach. Mąż na początku nic nie mówił, ale w końcu rzucił: „Ty już bardziej mieszkasz u mamy niż u siebie”. Obraziłam się, bo uznałam, że nie rozumie. Tylko że on też w tym wszystkim był sam z domem, zakupami i naszym synem.
Najgorsze jest to, że sama sobie to trochę zrobiłam. Od początku mówiłam wszystkim, że dam radę. Bo głupio mi było powiedzieć, że nie mam siły. W naszej rodzinie zawsze było: trzeba pomóc, nie marudzić. Mama całe życie powtarzała, że rodzina jest od tego, żeby być, a nie liczyć, kto ile zrobił. Więc nie liczyłam. Tylko że inni też nie liczyli.
Dwa tygodnie temu w pracy kierowniczka wzięła mnie na bok i powiedziała: „Albo się pani ogarnie z grafikami i spóźnieniami, albo będę musiała dać pani mniej zmian”. Niby spokojnie, ale ja wiedziałam, co to znaczy. Już wcześniej dwukrotnie zamieniałam dyżury, bo mama miała wizytę u ortopedy i rehabilitanta. W domu też było coraz gorzej. Syn powiedział mi wieczorem: „Mamo, ty ciągle jedziesz do babci”. I to mnie wtedy uderzyło bardziej niż wszystko inne.
Postanowiłam, że muszę coś zmienić. Napisałam na rodzinną grupę, że od przyszłego tygodnia mogę być u mamy maksymalnie dwa razy, a resztę musimy podzielić inaczej albo załatwić opiekunkę z MOPS-u chociaż na parę godzin. Brat odpisał, że „MOPS to nie dla naszej mamy”. Siostra, że ona nie odda obcej osoby do domu, bo mama się zestresuje. A potem zadzwoniła i zaczęła: „Jak możesz teraz odpuszczać? Przecież ona cię najbardziej potrzebuje”.
Powiedziałam, że ja też już kogoś potrzebuję. Chwila ciszy, a potem to zdanie o robieniu z siebie ofiary.
Wkurzyłam się i wypaliłam, że łatwo oceniać z kanapy. Ona się rozpłakała i powiedziała, że siedzi z chorym dzieckiem trzeci tydzień, pracuje po nocach, a ja myślę, że tylko ja jestem zmęczona. I wtedy pierwszy raz trochę mi przeszła złość, bo zrozumiałam, że ona też ledwo zipie, tylko inaczej.
Tyle że potem wyszło coś jeszcze. Mama zadzwoniła do mnie wieczorem i takim dziwnym tonem powiedziała: „Siostra mówiła, że nie chcesz już do mnie przyjeżdżać”. Zrobiło mi się słabo. Bo ja nie powiedziałam, że nie chcę. Powiedziałam, że nie mogę tak często. A to już w rodzinie zabrzmiało zupełnie inaczej.
Pojechałam następnego dnia. Mama siedziała obrażona i mówiła, że nie chce być ciężarem. Ja już byłam tak napięta, że zamiast spokojnie pogadać, od razu zaczęłam tłumaczyć, ile robię i że mam swoje życie. Bez sensu, wiem. Bo ona wtedy tylko patrzyła i powiedziała: „Czyli mam się czuć winna, że żyję?”. Od razu mnie ścięło. Powiedziałam, że nie o to chodzi, ale mleko już się rozlało.
Prawda jest taka, że mama bywa trudna. Dzwoni z błahostkami, nie chce korzystać z balkonika, bo „stara nie jest”, a potem prawie upadła w łazience. Nie zgadza się na obiad z cateringu, bo za drogo i niedobre, ale jak jej przywożę swoje jedzenie, to kręci nosem. Z drugiej strony chyba zwyczajnie się boi i wstydzi tej zależności. A ja zamiast to widzieć, coraz częściej słyszałam tylko roszczenia.
Od tygodnia mamy taki pół-rozejm. Brat wziął na siebie soboty i zakupy. Siostra załatwia teleporady, recepty i dzwoni do mamy codziennie rano. Ja jeżdżę trzy razy w tygodniu, nie codziennie. Udało się też załatwić rehabilitację domową na kilka wizyt. Mama nadal czasem rzuci tekstem, że „kiedyś dzieci były inne”, a ja nadal mam odruch, żeby od razu wsiadać w auto, jak dzwoni. I nadal mam wyrzuty sumienia, kiedy nie odbiorę za pierwszym razem.
Niby coś ruszyło, ale niesmak został. Bo z jednej strony wiem, że nie jestem ze stali i jeśli się rozsypię, to nikomu nie pomogę. Z drugiej, jak patrzę na mamę, to od razu mam w głowie, że przecież kiedyś ona też wszystko ogarniała i nie pytała, czy jej wygodnie.
Sama nie wiem, gdzie tu jest granica między dbaniem o siebie a zwykłym egoizmem. Jak wy to widzicie?