„To już nie dam rady przyjeżdżać codziennie” — kiedy w końcu to powiedziałam, usłyszałam, że zostawiam własną matkę samą. A prawda była dużo bardziej niewygodna dla nas obu 😔🏠
„Czyli co, teraz mam sobie umrzeć sama?”
Tak mi powiedziała mama przez telefon, kiedy oznajmiłam, że nie będę już przyjeżdżać do niej codziennie po pracy.
Zamurowało mnie. Stałam akurat na parkingu pod Biedronką, z siatkami w rękach, po całym dniu w biurze rachunkowym, i naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Bo od prawie dwóch lat moje życie wyglądało tak samo: praca, szybkie zakupy, autobus do mamy, wniesienie wody, apteka, obiad na dwa dni, ogarnięcie mieszkania, sprawdzenie leków, wysłuchanie pretensji, że jestem za krótko, i powrót do siebie wieczorem.
Mama jest po siedemdziesiątce, ma chore kolana, nadciśnienie i coraz większy lęk przed wychodzeniem z domu. Mieszka sama w bloku z wielkiej płyty na drugim końcu miasta. Ojca już nie ma. Ja jestem po rozwodzie, syn studiuje dziennie w innym mieście, więc w teorii „mam czas”. Tak przynajmniej słyszałam.
Na początku sama weszłam w ten układ. Po szpitalu obiecałam, że pomogę, aż stanie na nogi. Tylko że ona nigdy tak naprawdę „nie stanęła”, a ja nie umiałam się wycofać. Jak nie odebrałam telefonu, zaraz było pięć kolejnych. Jak powiedziałam, że przyjadę jutro, słyszałam: „Dobrze, jakoś sobie poradzę, najwyżej nie wezmę leków”. I jechałam.
Tyle że ostatnio zaczęłam się sypać. Zasypiałam w autobusie, zawalałam terminy w pracy, przestałam spotykać się z ludźmi. Nawet kręgosłup wysiadł od dźwigania zgrzewek i zakupów, bo mama koniecznie chciała „na zapas”, jakby szykowała się na zimę stulecia. Lekarka w przychodni powiedziała wprost: „Pani nie pomoże nikomu, jak sama się pani rozłoży”.
Więc zadzwoniłam i powiedziałam spokojnie:
– Będę przyjeżdżać trzy razy w tygodniu, nie codziennie. W pozostałe dni zrobimy zakupy z dostawą albo poprosimy opiekę z MOPS-u, chociaż na godzinę.
– Obcych mi do domu nie wpuszczę.
– Mamo, ale ja już naprawdę nie wyrabiam.
– To nie przyjeżdżaj wcale. Będziesz miała spokój.
Zabolało mnie to bardziej, niż powinno, bo prawda jest taka, że ja też nie byłam święta. Przez ostatnie miesiące coraz częściej jechałam do niej z pretensją jeszcze zanim weszłam do klatki. Byłam oschła, patrzyłam na zegarek, odburkiwałam. Jak pytała, czy posiedzę chwilę dłużej, mówiłam: „Nie mogę, mam swoje życie”, chociaż często to „swoje życie” oznaczało siedzenie w domu i patrzenie w ścianę, bo nie miałam już siły na nic. Zaczęłam traktować każdą jej prośbę jak atak. Ona to czuła.
Dwa dni po tej rozmowie pojechałam jednak, bo nie odbierała telefonu. Weszłam i zastałam ją obrażoną, ale całą i zdrową. W lodówce pusto, leki niewykupione. Wkurzyłam się.
– Naprawdę chcesz sobie zrobić krzywdę na złość mnie?
– Nie robię na złość. Po prostu nie umiem już prosić tak, żebyś nie robiła miny, jakbyś jechała za karę.
I to był ten moment, kiedy pierwszy raz usiadłyśmy normalnie.
Powiedziała mi coś, czego wcześniej nie chciała przyznać. Że najbardziej nie boi się choroby ani tego, że nie wniesie zakupów. Boi się, że jak przestanę przyjeżdżać codziennie, to za chwilę będę przyjeżdżać raz w tygodniu, potem tylko na święta, a potem wcale. Bo dokładnie tak wyglądało to z jej siostrą i dziećmi tej siostry. Najpierw „nie codziennie”, potem „nie dam rady”, a na końcu dom opieki i telefony raz na miesiąc.
Powiedziałam jej wtedy też swoją niewygodną prawdę. Że czasem przyjeżdżałam nie tylko z obowiązku. Też miałam z tego coś dla siebie. Po rozwodzie i po wyjeździe syna strasznie źle znosiłam puste mieszkanie. U mamy byłam potrzebna. Miałam plan dnia, zadania, byłam dla kogoś ważna. I chyba dlatego tak długo nie stawiałam granic, aż pękłam. Łatwiej mi było być potrzebną niż przyznać, że sama też jestem samotna.
Mama popatrzyła na mnie i powiedziała:
– Czyli obie udawałyśmy, że chodzi tylko o zakupy.
Zaczęłyśmy załatwiać konkrety. Recepty przez IKP, zakupy z dostawą dwa razy w tygodniu, sąsiadka z piętra niżej ma zaglądać czasem, a ja ustaliłam stałe dni, kiedy przyjeżdżam. Tylko że nie jest tak pięknie, jak brzmi. Mama nadal czasem mówi z wyrzutem: „Kiedyś byłaś częściej”. Ja nadal mam poczucie winy, kiedy nie odbiorę od razu. I łapię się na tym, że jak mam gorszy dzień, to jadę dodatkowo, bo boję się, że jak odpuszczę za bardzo, to naprawdę coś między nami pęknie.
Najgorsze jest to, że chyba obie łączymy opiekę z bliskością. Jak mniej robię, to ona czuje się mniej ważna. Jak robię za dużo, to ja czuję, że znikam.
Nie wiem, czy da się postawić granicę tak, żeby druga osoba nie odebrała tego jak odsunięcia. Miałyście tak z rodzicem albo kimś bliskim? Czy ograniczenie pomocy musi zawsze trochę boleć i psuć relację, czy da się to przejść inaczej?