Uciekłam z własnego mieszkania dopiero wtedy, gdy szyba pękła mi nad głową. Do dziś nie wiem, czy byłam odważna, czy po prostu zwlekałam za długo
„Ty naprawdę chcesz tu zostać na noc?” — zapytała mnie sąsiadka na klatce, kiedy schodziłam po wodę do Żabki, bo znowu nie było sensu robić większych zakupów. I wtedy pierwszy raz powiedziałam na głos: „Nie wiem”.
Jeszcze pół roku wcześniej powiedziałabym, że przesadza. Mieszkam na wschodzie Polski, w bloku z wielkiej płyty, zwykłe osiedle, zwykłe życie. Praca zdalna dla małej firmy z Warszawy, dziecko w podstawówce, rata za mieszkanie, rodziców mam niedaleko. Nic nadzwyczajnego. Tylko że od pewnego czasu nic nie było zwyczajne.
Najpierw były pojedyncze noce, kiedy człowiek budził się od huku i przez chwilę nie wiedział, czy to sen, czy naprawdę coś walnęło tak, że szklanki w kredensie zadzwoniły. Potem zaczęły się komunikaty, telefony od rodziny, wiadomości na osiedlowej grupie, że lepiej nie wychodzić, że ktoś słyszał to i tamto, że może będzie spokojniej rano. Żyliśmy od jednego dnia do drugiego.
Mój partner od początku mówił: „Trzeba wyjechać choć na jakiś czas. Do twojego brata, do rodziny pod Radomiem, gdziekolwiek”. A ja byłam tą, która hamowała. „A z czego będziemy żyć? Jak długo? Dziecko ma szkołę. Ja mam pracę. Mieszkania nie zostawię. Przecież nie da się spakować całego życia do bagażnika”. On się wściekał. „Ty czekasz nie wiadomo na co”. A ja odpowiadałam: „Na rozsądek, nie na panikę”.
Tylko że prawda jest taka, że nie chodziło wyłącznie o rozsądek. Bałam się tego, co będzie, jak wyjedziemy. Nie samej drogi, tylko tego potem. Spanie kątem u rodziny, życie na walizkach, pytania dziecka: „Kiedy wrócimy?”, tłumaczenie szefowi, że nie wiem, czy jutro będę online. Wstydziłam się też przyznać, że zwyczajnie nie mam za co zorganizować wszystkiego od ręki. Mieliśmy trochę oszczędności, ale bardziej „na lodówkę jak padnie” niż na ucieczkę.
Przez to odkładałam decyzję. Dzień po dniu. Do czasu.
Tamtego wieczoru dziecko siedziało w przedpokoju, bo mówiło, że tam się czuje „bardziej schowane”. Już samo to powinno było mną potrząsnąć. Partner chodził od okna do okna i co chwilę mówił: „Nie stój tam”. Ja udawałam spokój, chociaż ręce mi się trzęsły przy robieniu herbaty. I nagle był taki huk, że aż przyklękłam. Nie wiem, co dokładnie uderzyło i gdzie. Wiem tylko, że w dużym pokoju poszła szyba, a drobne odłamki poleciały na podłogę i kanapę.
Dziecko zaczęło krzyczeć. Partner złapał torbę, którą od tygodni kazał mi mieć gotową, a której oczywiście nigdy porządnie nie spakowałam, i powiedział: „Koniec. Albo wychodzisz teraz, albo ja wychodzę z małym sam”.
I wtedy się pokłóciliśmy najgorzej ze wszystkiego.
„Nie będziesz mnie szantażował!”
„To nie jest szantaż, tylko ostatni moment!”
„A mieszkanie? A dokumenty? A komputer do pracy?”
„Ty dalej o komputerze?!”
Najgorsze jest to, że on miał rację, ale powiedział to tak, że odruchowo stanęłam okoniem. Zamiast od razu wyjść, zaczęłam biegać po domu i pakować jakieś bezsensowne rzeczy. Ładowarkę, segregator z rachunkami, dwa swetry, album ze zdjęciami. Jakbym miała pięć minut, żeby uratować całe dawne życie.
W końcu wyszliśmy. Nie bohatersko, tylko w chaosie. Dziecko w kurtce narzuconej na piżamę, ja z torbą i reklamówką, partner z dokumentami i powerbankiem. Najpierw do samochodu sąsiada, bo nasz akurat stał dalej i bałam się, że nie zdążymy. Potem przez noc do rodziny.
I wtedy przyszła ulga. Taka brzydka ulga, od której chce się płakać. Zamknęłam za sobą drzwi nie swojego domu, usiadłam na materacu u rodziny i pierwszy raz od tygodni zasnęłam bez nasłuchiwania. A zaraz potem przyszło poczucie winy.
Bo partner przez cały czas próbował mnie przekonać, a ja go uciszałam. Bo dziecko wcześniej pytało: „Mamo, a jak będzie bardzo głośno, to pojedziemy?”, a ja mówiłam: „Zobaczymy”. Bo moi rodzice też nie chcieli wyjeżdżać i chyba po części brałam z nich przykład: że trzeba wytrzymać, że swoje to swoje, że nie można wszystkiego rzucić.
Tylko z drugiej strony wiem też, że łatwo oceniać z boku. Nikt nam nie dał gotowego planu. Nie było żadnego przycisku „bezpiecznie przenieś życie w inne miejsce”. Były tylko półdecyzje, strach, koszty, niepewność i to polskie „jeszcze trochę, jakoś damy radę”.
Najtrudniejsza rozmowa była dwa dni później. Partner powiedział: „Ja już tam nie wrócę z dzieckiem, dopóki sytuacja się nie uspokoi”. A ja od razu: „Czyli co, mamy się tu kisić miesiącami u rodziny?” On na to: „A ty serio dalej liczysz, że wrócimy i będzie normalnie, bo chcesz, żeby było normalnie?” Zabolało mnie, bo trafił w punkt. Ja naprawdę bardziej trzymałam się wyobrażenia o normalnym życiu niż samego bezpieczeństwa.
Do dziś nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam. Chyba człowiekowi trudno przyjąć do wiadomości, że to, co miało być jego bezpiecznym miejscem, nagle już nim nie jest. I że wyjście z niego nie jest porażką, tylko czasem jedynym rozsądnym ruchem.
Teraz jesteśmy dalej od domu, wciąż na przeczekaniu, nadal nie wiadomo na jak długo. Mieszkanie stoi puste, rachunki dalej przychodzą, a ja mam w głowie jedną myśl: może można było oszczędzić dziecku tej ostatniej nocy, gdybym wcześniej przestała udawać, że jeszcze da się wytrzymać.
Powiedzcie szczerze: w którym momencie według was koszt zostania robi się większy niż ryzyko wyjazdu? I czy też macie poczucie, że czasem człowiek za długo trzyma się „normalności”, chociaż ona już dawno się skończyła?