„To tylko obiad rodzinny” — usłyszałam, a wyszłam z niego z poczuciem, że w tym związku już mnie prawie nie ma
„Naprawdę nie mogłaś się dziś ugryźć w język?” — to było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam od partnera, kiedy wsiedliśmy do auta po obiedzie u jego rodziców. Jeszcze nawet nie zdążył odpalić silnika, a ja już wiedziałam, że wracamy do domu nie jako para po niedzieli u rodziny, tylko jak dwoje ludzi z pretensjami.
Powiedziałam: „Ja? To ja mam się gryźć w język? Serio?”
A on tylko westchnął i patrzył przed siebie. „Nie musiałaś przy wszystkich robić tej miny i komentować”.
Tylko że to nie zaczęło się przy samochodzie. To się ciągnęło od miesięcy.
Jesteśmy razem cztery lata, mieszkamy od dwóch w wynajmowanym mieszkaniu pod Krakowem. Kredytu nie mamy, bo nas zwyczajnie nie stać, a i ja po przejściach wolałam nie pakować się od razu w wspólne zobowiązania. On od dawna powtarzał, że „najważniejsze, że się dogadujemy”, ale ostatnio coraz częściej miałam wrażenie, że dogadywanie polega głównie na tym, że ja odpuszczam.
Na początku były drobiazgi. U jego rodziców zawsze byłam „ta z miasta”, choć pochodzę z małego miasta, nie z Warszawy. Jak nie zupa za słona, to „dzisiaj młode to by tylko zamawiały z Glovo”, jak nie temat dzieci, to pytania, kiedy w końcu „weźmiemy się za coś swojego”. Zwykle się uśmiechałam, zmieniałam temat, pomagałam zbierać ze stołu. Partner mówił potem: „Wiesz jacy oni są, nie bierz do siebie”.
Tylko że jak coś się powtarza, to człowiek jednak bierze.
W ostatnią niedzielę pojechaliśmy do nich na obiad, bo był też brat partnera z żoną i chodziło o ustalenie opieki nad teściową… właściwie nad jego mamą, bo po operacji biodra przez jakiś czas potrzebowała pomocy. I to jest dla mnie ważne: ja nie jestem potworem. Ja rozumiem, że starszym ludziom trzeba pomóc. Sama woziłam swoją mamę po lekarzach, siedziałam z nią na SOR-ze pół nocy i wiem, jak to wygląda.
Problem był taki, że o całym „planie pomocy” dowiedziałam się przy rosole.
Jego mama powiedziała: „No to ustalone, wy będziecie brać wtorki i czwartki, a w soboty młodzi przyjadą na większe zakupy”.
Zapytałam: „Ale jacy wy?”
Zapadła taka cisza, że tylko łyżki było słychać.
Partner odchrząknął i mówi: „No my. Przecież rozmawialiśmy”.
Nie, nie rozmawialiśmy. On mi dwa dni wcześniej rzucił hasło, że „trzeba będzie trochę częściej podjechać do rodziców”, a nie że w każdy wtorek po mojej pracy mam jechać 25 kilometrów w jedną stronę, robić zakupy, odbierać recepty i jeszcze wysłuchiwać uwag, że jogurt nie ten.
Powiedziałam spokojnie, naprawdę spokojnie: „Nie rozmawialiśmy o żadnych konkretnych dniach. Ja we wtorki kończę późno i mam swoje obowiązki”.
Jego mama od razu: „Myślałam, że w rodzinie się pomaga, a nie wylicza”.
I wtedy coś mi siadło. Bo ja od pół roku dokładam więcej do mieszkania, bo partner zmienił pracę i przez trzy miesiące miał gorsze pieniądze. Nie wypominałam. Jak jego ojcu zepsuł się telefon, to siedziałam z nim w salonie Play i tłumaczyłam wszystko, bo partner „nie miał głowy”. Jak trzeba było załatwić rehabilitację, to ja dzwoniłam do przychodni. Ale przy stole wyszło, jakbym była tą, co tylko stawia granice i przeszkadza.
Powiedziałam: „Pomaga się, jak ktoś zapyta, a nie rozdaje mój czas między ziemniakami a kompotem”.
Brat partnera popatrzył w talerz, jego żona udawała, że kroi kotleta. A partner powiedział to, co mnie najbardziej zabolało: „Nie przesadzaj. Mama źle to ujęła”.
Nie: „Masz rację, powinniśmy to ustalić razem”. Nie: „Spokojnie, porozmawiamy”. Tylko że przesadzam.
Ja też nie byłam święta. Bo zamiast powiedzieć wprost, że mam już dość tych drobnych szpilek i tego decydowania za mnie, walnęłam: „Tak, wiadomo, u was najlepiej, żeby kobieta była od usług i jeszcze dziękowała, że ją dopuszczono do stołu”.
To było za mocne. Widziałam, jak jego mama zrobiła się czerwona. Jego ojciec powiedział: „Nikt cię tu nie trzyma na siłę”. I już było po obiedzie.
Wracając autem, pokłóciliśmy się tak naprawdę pierwszy raz od dawna. On mówił, że upokorzyłam jego rodziców. Ja, że on pozwolił upokorzyć mnie. On, że wszystko biorę personalnie. Ja, że dla świętego spokoju zawsze wybiera ich stronę. W końcu powiedział: „Nie wszystko musi być po twojemu”.
A ja odpowiedziałam: „Ale czy cokolwiek może być też po mojemu?”
I wtedy wyszło coś jeszcze. On stwierdził, że od dawna czuje, że z jego rodziną „ustawiam się w opozycji”, że mam wiecznie spiętą minę i że przez to oni chodzą przy mnie na palcach. Szczerze? Zabolało mnie to, ale trochę miał racji. Od paru miesięcy byłam chłodna, unikałam wizyt, odpowiadałam półsłówkami. Tylko że nie złośliwie, po prostu czułam się tam coraz mniej sobą. Zamiast mu to normalnie powiedzieć, kisiłam w sobie i liczyłam, że sam zauważy.
Najgorsze przyszło już w domu. Zapytałam go wprost: „Czy ty w ogóle widzisz ze mną przyszłość jako ze mną, czy po prostu z kimś, kto się wpasuje?”
Długo nic nie mówił. Potem usiadł przy stole w kuchni i powiedział: „Ja bym chciał po prostu, żebyś czasem odpuściła”.
Powiedziałam: „A ja bym chciała, żebyś czasem mnie obronił”.
I on wtedy rzucił: „Nie mogę cię bronić, kiedy sama prowokujesz”.
To mnie rozwaliło, bo nagle usłyszałam, że dla niego problemem nie jest to, że ktoś przekracza moje granice, tylko to, że ja reaguję w niewygodny sposób.
Od tamtej niedzieli mieszkamy niby razem, ale obok siebie. Normalnie robimy zakupy w Biedronce, mijamy się rano przy ekspresie do kawy, ustalamy kto zapłaci za internet, ale tego tematu nie umiemy domknąć. On uważa, że powinnam przeprosić jego rodziców za formę. Ja uważam, że może i forma była zła, ale treść nie wzięła się znikąd. Najgorsze, że zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę jestem taka trudna, czy po prostu w tym układzie jest miejsce tylko na „zgodę”, o ile to ja się zmieszczę.
Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Wiem tylko, że można bardzo chcieć bliskości, a jednocześnie mieć dość bycia pomniejszaną, żeby wszystkim było wygodnie. Jak wy to widzicie — da się jeszcze budować związek, jeśli podstawowego szacunku trzeba się dopominać, czy to już znak, że każdy ciągnie w swoją stronę?