„To tylko stare graty” – usłyszałam we własnym domu i wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę nie chodzi o meble
„Naprawdę chcesz to oddać obcym ludziom?” – zapytałam od progu, bo zobaczyłam w przedpokoju trzy pudła oklejone taśmą i kartkę „oddam za darmo”.
Partner nawet nie podniósł głowy znad telefonu. „Aga z OLX ma przyjechać za godzinę. Mówiłaś, że trzeba w końcu zrobić porządek”.
I tu jest problem, bo mówiłam. Tylko nie o tych rzeczach.
Od pół roku mieszkamy w moim mieszkaniu po mamie, w bloku z wielkiej płyty na osiedlu w Łodzi. Po jej śmierci wszystko zostało praktycznie tak, jak było. Kredens, serwetki, stara lampa, pudełka ze zdjęciami, filiżanki „na święta”, których nikt nie używał. Jak byłam sama, to mi to nie przeszkadzało. Nawet dawało jakieś poczucie, że jeszcze coś jest ciągłe, znajome. Ale odkąd partner się wprowadził ze swoim komputerem, rowerem, suszarką na pranie i ogólną potrzebą „normalnego życia”, zaczęło mu to ciążyć.
Nie mogę powiedzieć, że bez powodu. Mamy 48 metrów, pracujemy zdalnie na zmianę przy stole w kuchni, a w małym pokoju stoi segment, którego szczerze nie znoszę nawet ja. Sama kilka razy mówiłam: „trzeba to ogarnąć”, „zrobić miejsce”, „nie da się żyć jak w skansenie”. Tylko że u mnie to było gadanie. U niego – plan działania.
Podeszłam do pudeł i od razu zobaczyłam albumy, obrus od babci, radio, które ojciec naprawiał jeszcze w latach 90., i ceramiczną miskę z odpryskiem. Dla kogoś śmieci. Dla mnie rzeczy, których nawet nie zdążyłam porządnie przejrzeć.
„Dlaczego nie zapytałeś?”
„Bo za każdym razem, jak pytam, to mówisz: później.”
„Bo nie jestem gotowa.”
„Minęło półtora roku.”
To mnie zabolało, bo prawda jest taka, że minęło. I może właśnie dlatego boli jeszcze bardziej, że świat już dawno idzie dalej, a ja stoję.
Powiedziałam mu, żeby odwołał tę kobietę z OLX. Westchnął i powiedział: „Nie da się urządzić życia wokół rzeczy po zmarłych”.
Wtedy wybuchłam. Że to moje mieszkanie, moje rzeczy, moja mama. Że jak mu przeszkadza, to może wrócić do wynajmu. On też się zagotował. „To nie chodzi o szafkę czy lampę. Ja tu od miesięcy czuję, że mieszkam u twojej mamy, nie z tobą.”
I to było gorsze niż to OLX.
Bo nagle mi się przypomniało, ile razy mówił, żebyśmy przemalowali ściany, kupili normalne łóżko do sypialni, wyrzucili niepotrzebne rzeczy z pawlacza. A ja na wszystko: „zobaczymy”, „nie teraz”, „po świętach”, „jak będę miała siłę”. Nawet jego kurtki długo wisiały w przedpokoju na składanym wieszaku, bo nie zgadzałam się ruszyć płaszczy mamy z szafy.
Ale z drugiej strony on też nie był fair. Bo zamiast usiąść ze mną i powiedzieć wprost: „Słuchaj, duszę się w tym domu”, zaczął po cichu robić selekcję. Najpierw kuchnia, potem szuflady, potem piwnica. Kilka rzeczy już wcześniej „zniknęło”, tylko wtedy wmówił mi, że pewnie sama oddałam ciotce albo wyrzuciłam przy porządkach. Dopiero wtedy skojarzyłam, że to nie był przypadek.
„Czy ty już coś wyrzuciłeś wcześniej?” – zapytałam.
Chwilę milczał. „Parę gazet, jakieś stare rachunki, zepsuty czajnik…”
„Nie pytam o śmieci.”
I wtedy powiedział cicho: „Tę małą szkatułkę z popękanym wieczkiem też. Myślałem, że jest pusta.”
Usiadłam na taborecie jak idiotka. W tej szkatułce były kartki od mamy z zakupami, jakieś przepisy zapisane jej pismem, stary paragon z sanatorium, śmieszne drobiazgi bez wartości dla kogokolwiek poza mną. Wiem, że to brzmi głupio, ale właśnie takie rzeczy trzymają człowieka przy pamięci.
On od razu powiedział, że nie wiedział, że przeprasza, że dla niego to wyglądało jak pudło z rupieciami. I ja wierzę, że nie zrobił tego z okrucieństwa. Tylko z bezsilności i ze złości, że od miesięcy żyjemy w miejscu, którego ja nie umiem puścić, a jego nie umiem naprawdę wpuścić.
Nie odwołał tej kobiety od razu, tylko przy mnie napisał, że jednak nieaktualne. Potem siedzieliśmy w ciszy. W końcu powiedział: „Ja nie walczę z twoją mamą. Ja próbuję zawalczyć o nas.”
A ja mu odpowiedziałam: „Tylko że dla mnie to wygląda tak, jakbyś chciał zrobić remont także w mojej pamięci.”
Od dwóch tygodni mamy rozejm. Pudła stoją dalej. Ustaliliśmy, że nic nie znika bez mojej zgody, ale też że w każdą sobotę biorę jedno pudło i naprawdę je przeglądam, a nie tylko zamykam z płaczem po pięciu minutach. Część rzeczy oddam, część sprzedam, część zostawię. On z kolei ma przestać „pomagać” po swojemu i mówić wprost, kiedy coś mu nie pasuje.
Tylko szczerze? Nadal mam w sobie żal o tę szkatułkę. I nadal nie wiem, czy bardziej bronię wspomnień, czy po prostu boję się, że jak to wszystko zniknie, to razem z tym zniknie też kawałek mnie i to, że byłam dla kogoś ważna.
Jak wy to widzicie? Da się postawić granice partnerowi, a jednocześnie nie zamienić mieszkania w muzeum? Czy on przekroczył granicę, czy ja za długo trzymałam wszystkich w miejscu?